Przejdź do głównej zawartości

Adam Deka - Bicz Na Kloszarda 8/10

Dla nielicznych (każda publikacja ma nakład zaledwie 100 egzemplarzy) ale wiernych  fani Adama Deki nastały chwile radości. Nasz autor wraca z nową powieścią - “Bicz Na Kloszarda”, rasowym, w stylu ejtisowych fanfików science fiction, ozdobionym szczyptą brutalnego gore (it’s Adam Deka novel, you know…), czarnym humorem i szalonymi twistami fabularnymi.


+


Przyszłość, przeludniona Ziemia (to akurat jest już nieaktualna wizja…) szuka nowych miejsc do kolonizacji. Najbliżej jest ofkors Mars, na którym korporacja Doc&Doc prowadzi prace terraformacyjne. Jest jednak problem, ludzie w warunkach pozaziemskich popadają w szaleństwo (charakteryzujące się daleko posuniętą erotomanią - wspominałem o czarnym humorze, nespa?).

Właśnie wraca na ziemię główny biolog marsjański Doc&Doc, Franc. Usiłuje jakoś się pozbierać, tymczasem NASA wysyła za nim parę agentów - morderców (wraz z mówiącym psem - wspominałem…no, już wiadomo) z zadaniem śledzenia i zlikwidowania przy nadarzającej się okazji.

Men In Black na miejsce operacji wybierają metalowy klub MetalNoir (fani Deki na pewno rozpoznają tę nazwę), a zamiast dyskrecji stawiają na ostentację; rozpoczynają w knajpie regularną rzeź z wykorzystaniem granatów i pistoletów maszynowych. W masie trupów ukryje się również ich cel…

Mimo totalnej masakry (w której zginą i niezbyt mądrzy napastnicy) Franc uchodzi z życiem, porwany przez komando DEMO złożony z niemowlako-dronów (yikes! It’s Adam Deka…you know). W ich kwaterze dochodzi do niezwykłego odkrycia…


Śledzimy również losy najemnika wojskowego, takiego “psa wojny” Achrimanna, który w bierze udział w wojnie, jaką na Marsie ONZ toczy z …Izraelem (!). Losy obu bohaterów przetną się w szaleńczo twistowym, znakomicie wymyślonym finale.


W tle mamy Obcych, dla niepoznaki nazywanych Naszymi, którzy mają własną agendę wobec Terry i własne potrzeby dotyczące niespotykanych w innych częściach kosmosu  terrańskich technologii…


+


Na początek uwaga wstępna - “Bicz Na Kloszarda” to, nietypowy dla dotychczasowej twórczości Adama Deki, rasowy “slowburner”. Dość długo nic specjalnego się nie dzieje - ot, chory naukowiec wraca na ziemię, jakaś agencja go śledzi z zamiarem likwidacji (dlaczego?), a jakiś oddział wojskowy toczy walki w ramach marsjańskiej wojny. Wydaje się, że jest bardzo mało charakterystycznych dla Deka-wersum cech - niewiele makabry i gore, niewiele rozbudowanych spisków. Wygląda tak, jakby autor większość wysiłku włożył w odtworzenie klimatu ejtisowych zinów (wtedy taka powieść zrobiłaby furorę) niż w jakąś szczególnie oryginalną historię.

Mało, wydaje się, że tym razem mamy do czynienia wyłącznie z “czystym” science fiction, bez krztyny kosmicznego horroru.

No ale, jak już pisałem, FINIS CORONAT OPUS. Mamy tu do czynienia ze “slowburnerem”, gdzie autor wszystkie niespodzianki i twisty chowa do finałowych partii powieści. A wtedy robi się GRUBO. 

Po pierwsze - mamy nawałnicę brutalnych scen gore; opisy kolejnych rzezi, strzelanin, zamachów i walk pełne są krwi, flaków, pourywanych kończyn i zdekapitowanych ciał (to będzie ważny wątek!). Znakomicie jest też od strony fabularnej - w końcówce wszystkie elementy układanki trafiają na swoje miejsce i w rezultacie otrzymujemy jedną z najbardziej efektownych i zgrabnie (a przy tym zabawnie) wymyślonych uber-historii Deki.

Gatunkowy fan grozy również poczuje ulgę i radość, pojawią się bowiem naprawdę upiorne monstra w pełnych grozy, czarnego humoru i makabry scenach kolejnych masakr.

Na domiar tego wszystkiego “Bicz Na Kloszarda” to chyba najbardziej uładzona i treściowo i stylistycznie książka Adama Deki. Narracja jest sprawna, dość przejrzysta (no, wątek Achrimanna fragmentami stanowi niejakie wyzwanie; dla orientacji w fabule warto być w specjalnym “Adam Deka state of mind”) a charakteryzujące dotychczasową twórczość autora brutalne łamanie zasad poprawnej polszczyzny ustąpiło pola kompetentnej, całkiem dobrze napisanej opowieści. 


Jedna z najlepszych książek Deki (moim top faworytem wciąż pozostaje wspaniałe “Jego Dziedziną Był Terror”), jeśli ktoś ma : a. duże poczucie Bardzo Czarnego Humoru, b. tolerancję dla Dzikich Hiperboli i opisów przemocy, c. dotrze do tego, jakże limitowanego, nakładu, to może się świetnie bawić. Ostrzegając (jak zawsze przy twórczości tak szalonej jak Adama Deki) polecam. 

Komentarze