Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało….
Niby człowiek wie, czego się spodziewać po horrorze ekstremalnym, niby się już nieco Eda Lee czytało, ale tak naprawdę nic nie jest w stanie przygotować człowieka na ten poziom obrzydlistwa, który go atakuje w “Świni”. Dżizas, naprawdę podczas tej upiornej lektury prześladowała mnie wizja, że któryś z moich normikowych znajomych znajdzie kiedyś gdzieś egzemplarz “Świni” i zajrzy do środka. I wezwie lekarza….
No bo Edek nie bierze tutaj jeńców…Really, człowiek już sporo przeczytał, pamiętam narodziny splatterpunku, różne Grand Guignolowe makabreski, młodego Clive Barkera, Eversona, Ketchuma, poznało się krajowych ekstremistów - Czarnego, Piotrowskiego, Kaczkowską. Ba, przecież samego Eda Lee już poznałem - i nie mam na myśli tylko “łagodnych” i “wyważonych” (jak na jego standardy, czyli taki najostrzejszy Masterton) powieści rodzaju “Ludzi Z Bagien” czy “Miasta Piekielnego”. Nie, przecież dzieliłem się tutaj przewrotnym zachwytem w jaki wprawiła mnie lektura ekstremalnego do bólu Bigheada.
Najpierw podstawowe informacje. “Świnia” to tak naprawdę trylogia (Lee wydał ją również w omnibusie pod dość oczywistym tytułem “The Three Pigs”), na którą składają się : tytułowa “Świnia”, kolejny “Dom” i zamykająca cykl “Świnia Z Zaświatów”. W Polsce wszystko wydał Dom Horroru, w dwu odrębnych tomach. Ale jako że całość historii jest zręcznie ze sobą powiązana, omówię wszystko za jednym zamachem.
Otwierająca cykl “Świnia” ustanawia naprawdę nowe standardy ekstremalności…. Brrrrr. Większość czasu czytałem naprawdę “z przymkniętymi oczami” i tylko z zawzięcia czytelniczego, zniesmaczony i obrzydzony na maksa okropieństwami opowiadanej historii. Tym razem Edek przegiął, myślałem. Gdzie efektowna - mimo gore scen przemocy - fabuła, pomysł literacki? Gdzie czarny humor, ratujący takiego Bigheada w najbardziej ekstremalnych momentach? Przy czym “fabuła” piszę w cudzysłowie, bo tak naprawdę “Świnia” fabuły prawie że nie posiada.
Lata 70-te XX wieku. Samotna farma na odludziu w której terroryzowany przez mafię filmowiec amator wraz z dwiema zaćpanymi na maksa narkomankami kręci seryjnie 8mm pornosy. Ale nie że zwykłe “pornosy”; samo tłuste - najgorsze perwersje i zboczenia. Danie główne to seks ze zwierzętami (yikes!), psy, osły, tytułowa świnia you name it…. A do tego więcej mięsa, czyli, jak pisze Lee - “wety, snuffy, nekra” itp. Od opisów drastycznych tortur, morderstw, od detalicznych opisów współżycia ze zwierzętami czy poniżenia i degradacji jakich doznają zarówno dwie kobiety jak i sam dręczony przez bandziorów mafijnych filmowiec (nieszczęśliwa ofiara złych wyborów życiowych) sponiewiera najtwardszego czytelnika.
No ale w końcu Lee odpalił fajerwery fabularne i zrobiło się i rasowo gatunkowo, i makabrycznie i - mimo kolejnych okropieństw, nieodparcie śmiesznie. Bandziory oto nie dowożą na farmę jedzenia. Pal sześć narkomanki, im tylko dragi w głowie, ale Leonard (filmowiec) chodzi wciąż wściekle głodny. Ratuje się podjadając psom ich karmę (yikes…), no ale ile można? Kiedy dziewczyny w napadzie narkotykowej wściekłości zabijają świnię, reżyser wpada na dość oczywisty pomysł - i już za chwilę wcina pieczoną szynusię i boczek….Tyle, że ta świnia to nie była zwykła świnia…została ona wykradziona z pobliskiej siedziby sekty religijnej, gdzie była hodowana z przeznaczeniem na uczestnictwo w specjalnym rytuale. Nie można ot tak, zjeść jej mięsa. To znaczy można, ale “będą konsekwencje”…
Brutalny, drapieżny, typowo Ed Leeowy finał nadrabia mdłości wzbudzane przez wcześniejsze okropieństwa.
Po tej, naprawdę przegiętej na maksa pierwszej części opowieść się nieco uspokaja. No nie, nie że naraz coś tutaj złagodnieje, od wulgarnych i arcyobrzydliwych opisów seksualnych aż będzie kipiało, ale fabularnie druga powieść jest nieco “lżejsza”.
Początek XXI wieku. O “stuff domku” krążą różne niepokojące plotki, podobno jest ona nawiedzone przez duchy pomordowanych ofiar. Na miejsce przybywa Melvin, młody dziennikarz, z planem na napisanie ciekawego artykułu. Na prośbę ojca dołącza do niego jego hiperseksowna młoda macocha; tata nie chce by dziewczyna nudziła się samotnie w domu.
Gwyneth jest nie tylko seksowna, na dokładkę, jako praktykująca naturystka, większość czasu chodzi po domu nago! Ale Melvin jest bardzo wycofany, nie ma odwagi w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich, więc nie stara się korzystając z okazji, uwieść tatusiowi żony, zadowalając się tylko kolejnymi fantazjami erotycznymi, własną ręką i nielicznymi spotkaniami z przygodnie poznaną, należącą do rezydującego niedaleko domku gangu motocyklowego, dziewczyną.
Z biegiem czasu na farmie zaczynają się dziać dziwne rzeczy, zmienia się osobowość mieszkańców. Macocha, w pewnym sensie nieświadomie, oddaje się aktom najbardziej wyuzdanej rozpusty z motocyklistami, a Melvin odczuwa w sobie nowe pragnienia i nowe elementy swej osobowości. Zaczyna być bardziej stanowczy, bardziej gniewny, bardziej gotowy by postawić na swoim.
Po latach Lee dopisał trzecią część. “Świnia Z Zaświatów” opisuje losy grupki youtuberów, kręcących urbexowe materiały z nawiedzonych miejsc (Blair Witch i rozliczne klony się kłaniają). Kamerzysta ekipy, wycofany, gruby Theo odnajduje w szopie stare materiały snuffowe kręcone kiedyś przez Leonarda dla mafii, i, z rosnącą fascynacją (i wpływem na osobowość) zaczyna je oglądać…
Efekty przychodzą szybko, seksowna przyjaciółka Sarah, do tej pory traktująca go wyłącznie jako aseksualnego przyjacieka-przytulaska, płonie na jego widok z pożądania, i oddaje mu się w kolejnych aktach namiętności. Romans frustruje drugiego mężczyznę, Jake’a, który ma to nieszczęście, że jego narzeczona Chloe nie przejawia żadnego zainteresowania seksem…
Po raz kolejny duchy przeszłości wpływają na przybyłe do domku osoby, dochodzi do finałowych rozstrzygnięć i cynicznego, łączącego makabrę i czarny humor, finału.
Słowo o warsztacie literackim. Lee nie pisze szczególnie dobrze, nie jest to mistrz pióra czy inny Stephen King, a jeszcze tłumacze nie zawsze dowożą, ale ma swój zwarty, przyjemny do śledzenia styl, pozwalający jakość przetrwać nawet najbardziej paskudne opisy. Spore brawa za pojawiające się niekiedy świetne zagrywki stylistyczne - jak, utrzymane w stylu wczesnego “House Of Cards”, łamanie czwartej ściany w “Świni Z Zaświatów”, gdzie Ed zwraca się wprost do czytelników )trudno nie wybuchnąć śmiechem czytając “po tylu latach opisywania wszelkich aktów seksualnych mam już tego serdecznie dość, sami sobie wyobraźcie, co tam się działo” :-D)
Wspólnym mianownikiem całego cyklu, świetnie łączącym go w spójną całość, jest postać głównego bohatera - zahukanego miękiszona i incela, padającego ofiarą demonicznego opętania, przemieniającego go w mordercze i wyuzdane monstrum. Inne postaci mają rolę wyłącznie służebną, nie skupiają na sobie uwagi autora.
Części dwa i trzy już nie są takie odrażające jak pierwsza “Świnia”, ona jest jednak tylko dla NAJODWAŻNIEJSZYCH - reszta niech się czuje ostrzeżona, to jest najwyższe stężenie witriolu w przyrodzie, wypala dziury w metalu niczym krew Xenomorfa.
Komentarze
Prześlij komentarz