sobota, 29 marca 2025

Jennifer Thorne - "Diavola" 8/10

Wakacje w Toskanii, duża amerykańska rodzina w wynajętej dużej willi, w której jest wieża z zamkniętym pokojem ….słoneczny “wakacyjny” horror, pozornie bardzo klasyczny, ale wraz z rozwojem akcji zmieniający formułę, z ghost story na dramat psychologiczny; generalnie - udana i zaskakująco świeża zabawa znanymi motywami, szczególne zważywszy na archetypiczność (żeby już nie użyć słowa “generyczność”) założeń wyjściowych.


+


Amerykańska duża rodzina spędza europejskie wakacje w wynajętej włoskiej willi ; rodzice i trójka dorosłego rodzeństwa, jedna córka samotna, druga z mężem i dwiema córeczkami a syn z partnerem  (mamy w końcu XXI wiek).


Klimat jest jak to w rodzinie (wiadomo, z rodziną najlepiej na zdjęciach…), pozorne wakacyjne dolce far niente a w tle buzują wzajemne animozje i skrywana niechęć. Główna oś pęknięcia przebiega między Anną, kobietą wolną, postępową i nowoczesną a resztą rodziny, “dowodzoną” przez drugą siostrę, poukładaną mężatkę, troskliwą matkę i oddaną żonę; to ona zaplanowała ze szczegółami całe wakacje. Dodatkowe napięcie wprowadza też arogancki partner brata, nieco zazdrosny o jego związek emocjonalny z Anną, siostrą-bliźniaczką. 


No a wynajęta, renesansowa willa toskańska - no cóż, budzi niepokój Anny. Do wieży o zamurowanych oknach wiodą skrywane za kotarą, zamknięte drzwi,  roślinność naokoło  schnie i żółknie, przesądni miejscowi reagują strachem na jej widok, a w samym domu a to jakieś drzwi trzasną same z siebie, a to pojawi się chłodny przeciąg, a to powietrze nagle gęstnieje, a to rój much unosi się nad błyskawicznie popsutym jedzeniem. Do tego po nocach jakieś dzieci na korytarzu chichoczą (po włosku!), ktoś chodzi po ogrodzie a Annie wydaje się, że za jej plecami w łazience pojawia się cień kobiety z żółto-blond włosami…


No właśnie, niepokój Anny. Reszta rodziny, skoncentrowana na “przeżywaniu europejskich wakacji” za wszelką cenę stara się ignorować nadprzyrodzone sygnały i zjawiska, zamienić je w zwykłe wydarzenia, wyprzeć z pamięci. Liczy się rozrywka, zwiedzanie, restauracje, nowe miasta. Anna, usiłująca zwrócić ich uwagę na niesamowite okoliczności traktowana jest jako psująca zabawę czarna owca rodziny. Napięcie narasta dzień za dniem, doprowadzając pewnej strasznej nocy do przesilenia podczas którego cała przerażona rodzina zmuszona jest do ucieczki z willi. 


Ale to nie koniec - po wakacjach Anna wraca do swego mieszkania w Nowym Jorku i do swojej pracy. Okazuje się, że wraz z nią przybyło cos jeszcze, że Zło z willi podąża za Anną krok w krok…..


+


“Diavola” początkowo najbardziej przypomina inną “wakacyjną” powieść grozy - “Żywiołaki” Malcolma Mc Dowella. Podobnie jak w “Żywiołakach” mamy dużą rodzinę, wszechobecne słońce, upał i tajemnicę spowijającą wczasowisko. No a potem Thorne zaczyna żonglować kolejnymi pomysłami i cytatami, dorzucając co i rusz do kociołka. Pojawiają się klimaty znane z “Nawiedzonego Domu Na Wzgórzu” (czyli również “Lśnienia”) - dom oczekujący na swą kolejną “mieszkankę”,  aż tu nagle, po “kulminacji“ mającej miejsce w raptem 2/3 powieści  akcja zupełnie nieoczekiwanie podąża w innym kierunku. Wiarygodność narratorki zostaje poddana w wątpliwość niczym w “W Kleszczach Lęku” Henry Jamesa a jej postępująca psychoza przypomina “Wstręt” (czy, mniej znaną a znakomitą powieść “Jeszcze Bliżej” Sary Gran), w  motywie klucza jako  “przechodniego” symbolu niosącego nieszczęście posiadaczowi pojawia się nawet dalekie echo “Ringu”…  

Mimo tego jednak, mimo całej parady znanych  wątków i pomysłów fabularnych ich połączenie ich jest bardzo udane i świeże, tak, że powieść od samego początku do samego końca czyta się bardzo dobrze, z dużym zaciekawieniem i przyjemnością 


Ta przyjemność wynika nie tylko z pomysłowo utkanej fabuły. Powieść jest świetnie, lekko napisana. Ani na chwilę nie wkrada się nuda  a akcja sprawnie przemyka pomiędzy wakacyjnymi aktywnościami rodziny Pace a kolejnymi “manifestacjami” Nadprzyrodzonego. 


Znakomite są też portrety obyczajowe rodziny Pace. Każdy ma bardzo wyraźną własną osobowość, każdy przyciąga uwagę (gorzej z sympatią - tej bowiem nie przyciąga właściwie nikt - ale to celowy zabieg autorki!).


Grozy wydaje się początkowo niewiele, i jest ona jakaś taka mocno niekonkretna, ot, “odgłosy” “powiewy”, chwilowe uczucie obcości itp. No ale skoro mamy  niewiarygodną narratorkę, skoro problemem nie jest “nawiedzony dom” a toksyczny członek rodziny, no to wszystko pomału staje się jasne.

Za to w Nowym Jorku zaczyna się prawdziwa Jazda. Prześladowana przez ducha, odtrącona przez obrażoną o “zepsute wakacje” rodzinę Anna alienuje się od otoczenia, od kolegów z pracy, stopniowo wpada w chorobę psychiczną. W końcu spotkanie z byłym partnerem otwiera przerażające podejrzenie - czyżby wszystkie pozornie niesamowite zdarzenia były tylko efektem  narastającą w Annie  a wypieranej traumy po dokonanej aborcji (sic!) ?


A na koniec, kiedy już Thorne tak zgrabnie zamiecie czytelnikami, następuje powrót do klasycznych motywów grozowych -  Anna wraca do willi i staje do konfrontacji z zamieszkałym w niej Złem….


“Diavola” to niby nic odkrywczego, niby “zwykły horror”, ale człowiek nie zawsze chce Szukać Burzyć i Budować, czasem chce porządnie usmażonego mielonego wciągnąć na obiad, a powieść Thorne jest takim właśnie, perfekcyjnie przyrządzonym horrorowym comfort foodem. Muala, już czekam na kolejne tytuły autorki.


piątek, 21 marca 2025

Rafał Przybylok - "Yerba Mate W Tydzień" 10/10

Znakomity, kompleksowy przewodnik po temacie yerba matę, napisany przez znanego z kanału "Czajnikowy.pl" youtubera i gawędziarza Rafała Przybyloka.


Właśnie - gawędziarza, Przybylok bowiem snuje opowieść o yerba mate jak zajmującą gawędę, świetnym językiem, udanym balansem między fachową wiedzą a stosunkowo ławym progiem wejścia dla czytelnika.


"Yerba Mate W Tydzień", bowiem opowieść podzielona jest właśnie na 7 dni. W poniedziałek dowiadujemy się - co to w ogóle jest yerba mate (ostrokrzew paragwajski - ilex paraguariensis), gdzie rośnie, jak się ją zbiera i przygotowuje do sprzedaży. Wtorek poświęcony jest historii jerby- pojawiają się Indianie żujący liście ostrokrzewu i jezuici, po początkowej walce z roślinką jej kultywatorze i propagatorzy. W środę poznajemy różne rodzaje yerba mate, w czwartek zaś urządzenia i utensylia przydatne w jerbowaniu - różne matera, bombille, termosy itp. 

O  jerbowe naczynka trzeba dbać - technikom ich konserwacji poświęcony jest piątek. 

W sobotę trochę wiedzy o właściwościach zdrowotnych (oraz zastrzeżeniach`!) dotyczących picia jerby, no a w niedzielę garść ciekawych przepisów jerbowych - m.in. terere (yerba na zimno), mate Russo (z sokiem owocowym),  mate cerveza (z piwem), de leche (z mlekiem), kubańska, polska .... sporo i to bardzo kreatywnych patentów.


Dla początkujących fanów yerby do przeczytania na jedno posiedzenie (zaprawieni pewno wszystko wiedzą, choć te przepisy niedzielne niejednego zaskoczą). Świetne

czwartek, 6 lutego 2025

Adam Deka - "Spiję Twą Limfę I Wyprawię Srom" 6/10

Czarna komedia cmentarna w klimacie gore horroru osadzona w latach późnego PRL -  już sam tytuł zapowiada ekstremalne rozrywki, które fani twórczości Adama Deki (raczej nieliczni, ale za to zagorzali) powinni docenić.


+


Cmentarz Miłostowo w Poznaniu, lata (na oko) osiemdziesiąte XX wieku. Na cmentarzu grasują hieny cmentarne, otwierające groby, bezczeszczące (w tym poprzez akty nekrofilii - sic!) zwłoki, okradające je z biżuterii i ubrań. Milicja prowadzi śledztwo po milicyjnemu - porywają różnych bumpów, a to bezdomnego a to punka naćpanego, biją i torturują w próbie wymuszenia przyznania do winy, a zamęczone na śmierć (!) ofiary przesłuchań wpychają …. do grobowców miłostowskiego cmentarza (!).


Tymczasem prawdziwy nekrofil wciąż popełnia kolejne przestępstwa niezagrożony przez nieudolnych, skoncentrowanych wyłącznie na wyrywaniu bezużytecznych społecznych chwastów gliniarzy (nie ZOMO! tutaj Deka popełnił błąd faktograficzny - ZOMO to te quasi wojskowe oddziały pałujące marsze opozycji, dochodzeniówka kryminalna to “zwyczajne” MO) - a to zamorduje konkurenta okradającego groby, a to zaliczy jakąś gnijącą, odkopaną kobietę, a tak naprawdę, zgodnie z tytułem powieści, skóruje trupy i zabiera fragmenty skóry by w zaciszu domowym naszyć je na gąbkowy manekin służący mu do zaspokajania perwersyjnych żądz (dalekie echo Milczenia Owiec).

Właśnie, a propos tego domowego zacisza…nasz nekrofil prowadzi niezbyt może przykładne, ale za to dość typowe życie rodzinne, więc w domu czekają go nieustanne awantury z niezadowoloną z niego żoną i nastoletnią córką.


Cmentarza teoretycznie pilnują grabarze, bohater powieści, Glen, zanurzony jest po uszy w wyczytywanych z zinów teoriach spiskowych - żadna nie jest dla niego zbyt absurdalna, na dodatek ma psychozę która starają się okiełznać tylko silne psychotropy zapisywane mu przez lokalną lekarkę. 


Tymczasem w okolicy działa wytwórnia nowego, zabójczo uzależniającego narkotyku produkowanego z kadaweryny, pozyskiwanej z miłostowskich trupów…


+


Kto czytał choć raz Adama Dekę ten wie, czego się spodziewać, i “Spiję Twą Limfę” nie zawodzi, dostarczając doskonale już znany koktajl z makabry, obrzydliwości, przemocy, czarnego humoru, złego smaku i brutalnie traktowanej polszczyzny. To się czyta głównie dla tego campowego funu, mniej z uwagi na pretekstową fabułę czy jakiekolwiek inne skrywane wartości. To hołd oddany podziemiu fantastycznemu, trochę list miłosny do lat dzieciństwa/młodości, trochę fanowska zgrywa. To się albo odrzuca po całości albo akceptuje.


Niemniej. nawet akceptując ogólne zasady działające w tym deka-verse czytelnik nadal ocenia, na ile tym razem się udało autorowi trafić w dziesiątkę a jakie potencjalnie były wady.  

Dekę można krytykować dwojako,  bądź to za nadmiernie niestaranny styl, utrudniający zrozumienie, bądź też za niedostateczny “rozmach” koncepcyjny. I tutaj mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem. 

“Spiję Twą Limfę” jest, od strony stylu, warsztatu, najbardziej sprawnie, “regularnie” napisaną powieścią Adama Deki (nie chcę używać określenia “najlepiej” bo twórczość autora się takim “normikowym” klasyfikacjom nieco wymyka). Bez większego trudu czytelnik śledzi zabawną, makabryczną akcję, napędzaną pełnymi przemocy i obrzydliwości opisami oraz dobrze napisanymi dialogami.


Natomiast gorzej jest tym razem z konceptem ogólnym, z pomysłem na powieść. Tj. nie żeby było źle - “Spiję Twą Limfę” jest odpowiednio makabryczna, wypełniona dynamiczną akcją, pełna czarnego humoru i sowizdrzalsko, hiperbolicznie, traktowanej przemocy, ale trochę tym razem zabrakło tego typowego dla Adama Deki rozmachu fabularnego. Zaplanowana jako główne backstory historia ze spiskiem “STASI” wypada dość blado i mało przekonująco (byłażby w ogóle fantazmatem jednej z bohaterek?). Jakby tego było mało, inne konstrukcyjnie grube wątki się nie spinają i giną znienacka urwane. Co się stało z mordercą??? Co się dzieje na komisariacie? Zabrakło jakiegoś finałowego spięcia tematów.


Nie ma sensu zajmować się postaciami z powieści - to jest makabryczna komedia gore a nie dramat psychologiczny,  więc też bohaterowie nas nie tak naprawdę nie interesują - to ma bawić a nie przejmować. 


Co do ekstremalności - jasne, że Deka jeńców nie bierze, ale w porównaniu do innych jego tytułów w “Spiję…” jest relatywnie do wytrzymania. Nieco opisów pobić, nieco obrzydliwości trumiennych w wykonaniu mordercy pedofila - ale i tak najmocniejszy jest tutaj sam tytuł powieści, na który nie odważyłby się być może nawet sam Ed Lee :-)


Mimo nieco mniej zajmującej niż zazwyczaj fabuły żaden fan twórczości Adama Deki nie wyjdzie niezadowolony. Czyta się bardzo szybko i z bananem na gębie, a wrażenie końcowe mimo niedoróbek fabularnych jest dobre i już się chce czytać następne tytuły z Xeromorph.  Jak ktoś jest gotowy na wyzwania, lubi horror ale ma przy tym dystans do rzeczywistości, tolerancję i poczucie humoru, to powinien się dobrze bawić.  

sobota, 1 lutego 2025

Władysław Czapliński - "Na Dworze Króla Władysława IV" 7/10

Bardzo dobrze napisana, pełna ciekawostek, bogato wypełniona cytatami z pamiętników epoki książeczka, opisująca panowanie Władysława IV Wazy, jak często pisze autor, “ostatniego króla Wielkiej Rzeczypospolitej”.


No i jak się zastanowić, to faktycznie tak było. Władysław IV doszedł do władzy u szczytu potęgi szlacheckiej Rzeczypospolitej, kiedy to Polska była mocarstwem europejskim, jej wpływy sięgały Moskwy (aczkolwiek początek panowania Władysława łączył się z rozczarowującą koniecznością uznania rządów Romanowów na Kremlu, tym samym z rezygnacji polskich ambicji rządzenia Rosją), Szwecji (przez całe życie Władysław marzył o tronie szwedzkim) oraz polityki habsburskiej. 


Od śmierci zaś Władysława zaczął się zjazd. Już w tym samym 1648 wybuchło powstanie Chmielnickiego, które zniszczyło Ukrainę, w 1655 zaś gospodarkę kraju zrujnował potop szwedzki. Z tych ciosów Polska się już nie podniosła, i militarne zwycięstwa Sobieskiego wiele tu nie zmieniły.


W książce poznajemy najpierw losy Władysława jako królewicza na dworze swego ojca Zygmunta III. Tutaj spore zaskoczenie; Polacy łatwo dają się zwieść narodowemu imieniu, tymczasem Władysław, syn Szweda i Niemki, nie bardzo uważał się za Polaka, i, co w sumie dość przykre, zdecydował się na polską koronę dopiero wtedy, kiedy jego szwedzkie ambicje zostały nieodwołalnie stracone. Po piłkarsku trzebaby go nazwać “farbowanym lisem”… :-)


Lata rządów Władysława należały do najspokojniejszych w historii I Rzeczpospolitej. Po początkowych wojnach z Rosją sejmy szlacheckie nie wyraziły zgody na wojnę szwedzką, po kilkunastu latach zaś podobnie odmówiły akceptacji wojny tureckiej, czas zatem jak na XVII wiek nastał nader spokojny. Kraj był potężny, zamożny, zatem król mógł pławić się w luksusach i oddawać różnym dworskim rozrywkom, w tym głównie jego ulubionych polowaniach i ….operach (sic!).


Sporo jest o dworskich intrygach, sporo o konkurujących o względy króla magnatach (jedną w ważniejszych ról pełni późniejszy szwarccharakter z Potopu - książę janusz Radziwiłł), są uczty i pijańskie awantury możnowładców - mnóstwo tutaj ciekawych cytatów z pamiętników epoki.

Są też opowiedziane losy dwu małżeństw króla, najpierw z Austriaczką Cecylią Renatą  (z Habsburgów), a po jej śmierci z Francuzką Ludwiką, choć tutaj najciekawiej przedstawia się opis wieloletniego romansu Władysława z piękną polską dwórką.


Z zachowanych dokumentów Władysław jawi się jako król dobry, rozsądny, spokojny, i inteligentny. Ciekawe, jakby sobie radził z kryzysami, jakie stały się udziałem jego brata Jana Kazimierza, który objął koronę po śmierci Władysława.


Naprawdę dobra lektura, mimo upływu lat wciąż dobrze się czytająca i wolna od - wtedy dość nachalnej - propagandy. Trochę tego jojczenia na magnatów to w sumie do dzisiaj jest w modzie.

niedziela, 19 stycznia 2025

Stephen King - "Po Zachodzie Słońca" 6/10

Kolejny zbiór opowiadań Stephena Kinga, “Po Zachodzie Słońca” z 2008 roku, nie dorównał sławie legendarnej “Nocnej Zmianie” i w sumie dość szybko zatarł się w pamięci fanów; wpływ na to ma pewnie fakt, że prawie żadne opowiadanie ze zbioru nie zostało do tej pory przeniesione na ekrany kinowe (wyjątkowa sytuacja w przypadku Kinga), ale to, jak zawsze u tego autora, bardzo solidna lektura, z kilkoma prawdziwymi rodzynkami. 


+


Najsmaczniejszym kąskiem jest w “N.” 10 !! - naprawdę Królewskie danie, połączenie “Muzyki Ericha Zanna” H.P. Lovecrafta z “Pająkiem” H.H. Ewersa. Coś wspaniałego. Pacjent z OCD (obsessive-compulsive disorder, niepotrzebnie tłumaczone jako ZOK - zaburzenie obsesyjno kompulsywne, termin OCD jest już powszechnie obecny jako termin medyczny w Polsce) trafia do lekarza i skarży się, że jego obsesja urodziła się na pewnym polu, na którym, słowami chorego, istnieje przejście do innego, złowrogiego uniwersum. Z tego obcego świata na Ziemię chcą przedostać się potworne bóstwa, i tylko różne kompulsywno obsesyjne zachowania “strażnika” potrafią na jakiś czas zamykać tę bramę… 

King w posłowiu przywołuje jako główną inspirację “Wielkiego Boga Pana” Machena, co jest ofkors słuszne, ale bardziej przejrzystym porównaniem będzie przywołany na początku Lovecraft (który sam w swojej twórczości wyfiltrował już dorobek Machena). Dla takich perełek warto się przegryzać przez zbiory opowiadań, takie perełki czynią Kinga wielkim. Prawdziwe arcydzieło.


Dw następne hity to : “

  • bardzo porządny thriller “Piernikowa Dziewczyna (8) - kobieta musi stoczyć bój na śmierć na życie ze ścigającym ją psychopatycznym mordercą. Rozpad małżeństwa, radzenie sobie z traumą, Floryda, jogging - King w swoim niepowtarzalnym stylu potrafi zmieszać to wszystko w smakowity, energetyczny koktajl. (całość przypomina nieco finałowe sceny z “Intensywności” Deana Koontza_
  • i świetne, adresowane do starszych, tych, którzy dojrzewają wraz z samym Kingiem, czytelników opowiadanie “Sen Harveya” (8) - małżeństwo dobrze po 50tce, kobieta ze znudzeniem i niechęcią myśli o szarym, nudnym, przemijającym między palcami życiu, aż nagle mąż, skapcaniały przy śniadaniowym stole, zaczyna opowiadać swój koszmar - i wtedy nagle kobieta zaczyna tęsknić za tym nudnym życiem…naprawdę, creepy as hell, być może trzeba być w pewnym wieku by docenić upiorność i elegancję tego tekstu, ale ja najwyraźniej właśnie w tym wieku jestem.


Zgrabne i udane są jeszcze, klimatyczna “Willa” (7), gdzie gromada duchów po katastrofie kolejowej czeka bez końca na zrujnowanej stacji na “przyjazd pociągu”, i trochę podwiewająca filmowym “Autostopowiczem” “Niemowa” (7), w której facet opowiada zabranemu w deszczu niememu i głuchemu autostopowiczowi swe życiowe nieszczęścia a parę dni później problemy kierowcy zostaną zaskakująco (choć nieco makabrycznie) rozwiązane. 


Jest całą grupa “solidnych”, takich 6/10 opowiadań - nie bardzo się czymś szczególnym wyróżniają, niekoniecznie zapadną na dłużej w pamięć, ale niezmiennie znakomicie się czytają (toż to King!). Wśród nich wymienić trzeba :

“Miejsce Obsługi Podróżnych” w którym intelektualista skonfrontowany podczas nocnej wizyty na przydrożnej toalecie z agresywnym typem przyjmuje osobowość twardziela, by poradzić sobie z konfliktem, 

zabawny “Rower Stacjonarny”- opisujący toczące się w wyobraźni jadącego na tytułowym rowerku przygody, podczas których umyka on przed żądnymi zemsty …. lipidami (wyrażonymi jako ekipa robotników), których jego dbałość o zdrowie wysłała na bezrobocie.

Jest też  “Dzień Rozdania Świadectw” - opisujący ostatnie chwile spokojnego świata przed wybuchem wojny nuklearnej.

I wreszcie (jedyny sfilmowany - jako część filmu Opowieści Z Ciemnej Strony z 1990) “Kot Z Piekła Rodem” 6 - przewidywalna, choć ofkors bardzo sprawna makabreska, której tytuł wyjaśnia treść, porządny animal horror młodego Stephena Kinga, w której pewien staruszek kontraktuje zawodowego zabójcę do likwidacji…kota, którego oskarża o zamordowanie swoich trojga domowników. Mogłoby się zmieścić w “Nocnej Zmianie”.


Gorzej wypadły pozostałe teksty. Po pierwsze, jest grupa tanich “ckliwiaków”,  gdzie King (zbyt) prostymi środkami prĻbuje grać na emocjach czytelnika, I tak, w “NYT W Cenie Promocyjnej” żona rozmawia telefonicznie ze zmarłym mężem, w “Rzeczach, Które Po Sobie Zostawili” żywi nawiedzani są przez przedmioty pozostałe po ofiarach ataku na World Trade Center, a w “Ayanie” jakaś tajemnicza “lifeforce” (Bóg?) ratuje dotykiem życie randomowo wybranych chorych ludzi. Tanizna.


Na sam koniec zaś zostawiłem sobie “Bardzo Trudne Położenie” (4)…. Dwu milionerów na Florydzie, płonący między nimi spór sąsiedzki. Kiedy jednemu z nich życie nagle zaczyna strasznie doskwierać (jego firmie grozi upadłość, zostawia go żona, lekarze wykrywają raka) uznaje, że to efekt klątwy, którą rzucił na niego wróg, i postanawia się przed śmiercią zemścić, zamykając go w ….przenośnym toi toiu (sic!!!)  Z jednej strony prawie dobre,  no bo King bawi się tutaj z twórczością Edgara Allana Poe i motywem pochowania żywcem (”Przedwczesny Pogrzeb”, “Beczka Amontillado”) ale…. “na miłość boską, Montresorze”….lwią część opowiadania zajmuje boleśnie detaliczny opis prób uwolnienia nieszczęśnika z przewróconej toalety, której zawartość oczywiście zalewa całe wnętrze ….King pisał posłowiu, że w trakcie tworzenia bawił się przednio, dobry smak niestety bawił się znacznie gorzej.


I to tyle. Jak zawsze, świetne pióro Kinga, samoczytające się teksty, nawet te najsłabsze dają dużą przyjemność z czytania, ale mało treści jest w tym tomie, na tle ogromnego dorobku Mistrza ten zbiór trochę niknie z pola widzenia, choć i tak zaskakuje, że, póki co, tylko “Kot Z Piekła Rodem” został przeniesiony na ekrany kin. Wydaje się, że i z “Piernikowej Dziewczyny” i z “N.” - najdłuższych i najbardziej honorowanych opowiadań, możnaby zrobić udane filmy. 

Warto wiedzieć za to, że  cała masa opowiadań z “Zachodu Słońca” stała się natomiast podstawą “one dollar movies”, któtkometrażówek, które King puszcza za darmo niezależnym artystom. imfb wspomina o Willi, Rzeczach, Niemowie i Miejscu Obsługi Podróżnych.

Dla fanów Kinga, fanów dobrego, przyjemnego czytania. Fani horroru - są inne tytuły Mistrza, wymagające szybkiej lektury. “Po Zachodzie…” może poczekać.

 

czwartek, 9 stycznia 2025

Graham Masterton - "Duch Zagłady" 3/10


Zupełnie niepotrzebna, źle wymyślona, niepoważnie poprowadzona, na siłę napisana kontynuacja cyklu o złowrogim indiańskim szamanie Misquamacusie, knującym plany zagłady “białych najeźdźców”. Ihaaaa….


+


Lata mijają, a znany już z poprzednich części cyklu fejk-medium Harry Erskine wciąż utrzymuje się z naiwności starszych dam pozorując kontakt z ich zmarłymi bliskimi Pewnego dnia Harry jako “ekspert od spraw nadprzyrodzonych” (detektyw mroku…) zostaje jednak zaangażowany do prawdziwie niepokojącej sprawy. 

W nowojorskim mieszkaniu pani Greenberg na skutek dziwnej manifestacji demonicznych mocy wszystkie meble zostały, niczym magnesem, przeciągnięte na jedną stronę pomieszczeń a kontakt z zaświatami wpędził kobietę w półkatatoniczny stan letargu. Zaniepokojony mąż potrzebuje fachowej pomocy.

No właśnie - fachowej. Po wstępnej wizycie Harry orientuje się, że nic tu po nim i jego udawanym mocom, tutaj trzeba prawdziwego specjalisty, udaje się więc po poradę do autentycznego psychopompa - mówcy duchów, Martina Vaizey. A u mówcy pierwszy duch, który się objawia, to  duch …Śpiewającej Skały (szamana z poprzednich części Manitou), który ostrzega, że za niesamowite wydarzenia w przeklętym mieszkaniu odpowiada dobrze już znany duch  Misquamacusa! 


Ale tym razem upiorny szaman nie zamierza się ograniczać do punktowych działań. Owszem, używając w tym celu ciała opętanego przez siebie Vaizeya morduje małżeństwo Greenbergów, ale tak naprawdę showdown w Nowym Jorku to tylko małe michałki. Mściwy Indianer zamierza bowiem, dosłownie, wykorzenić z amerykańskiej ziemi wszystkich (!) białych ludzi. Wzywając piekielne moce mrocznego indiańskiego bóstwa o niewymawialnym imieniu wszczyna na terenie całego USA katastrofy klimatyczne, jakieś niebywałe “trzęsienia ziemi” w których nikną z powierzchni całe milionowe metropolie (np. Chicago)! No, jeńców to on nie bierze…


Jedynym, który może stanąć mu na drodze jest ofkors Harry Erskine, który podejmując pogoń za Misquamacusem, mającą na celu uratowanie przed skazaniem biednego Vaizeya, którego policja zatrzymała za morderstwo małżonków Greenberg (technicznie to w zasadzie mają rację…), odkrywa upiorny plan mściwego maga…


+


Oesu, strasznie słabe…Masterton to, generalnie, dobry, solidny autor a początek lat 90-tych był jednym z jego lepszych okresów twórczych. Lovecraftowscy “Drapieżcy”, “Zjawa”, “Walhalla” - to wszystko udane, dobrze napisane hity. Nie bardzo zatem wiadomo, po co w ogóle zdecydował się na powrót do  Manitou. Tzn. chyba wiadomo, poprzednie części były popularne, sporo czytelników je kupiło, to dlaczego by nie napisać kolejnej części? Zwłaszcza że roboty mniej, każda kolejna powieść powtarza  bowiem podobne patenty i korzysta z tego samego “uniwersum” więc pisze się ją pewnie trochę na autopilocie. No i są fani, którzy chętnie łykną więcej tego samego…


Ale, jak widać po moim przykładzie, nie dotyczy to wszystkich fanów. Bardzo lubię oryginalnego “Manitou”, to klasyk “złotej ery” pełen akcji i jump scarów, z fajnymi postaciami, ciekawym pomysłem i nienachalną, lekką nutka czarnego humoru. Nawet jego liczne absurdy fabularne i pocieszne zakończenie doskonale się bronią w campowej estetyce epoki.  No ale “Duch Zagłady” - trzecia część sagi, zo zupełnie inna historia…


Nie podoba mi się nonsensowny, nieprzemyślany główny pomysł fabularny, zakończony banalną, sto razy już wykorzystaną w innych “grahamkach” finałową walką, następującą  po“wejściu do krainy potwora”. 

W efekcie zmiany tonacji opowiadanej historii często zamiast rasowego horroru mamy do czynienia z generyczną powieścią katastroficzną niczym z niegdysiejszych blockusterów kinowych w rodzaju “Płonącego Wieżowca” czy “Trzęsienia Ziemi”. Nadto brak elementarnej konsekwencji w tej opowieści. Pół USA idzie w piz…., giną setki tysięcy ludzi, Chicago i Las Vegas znikają z powierzchni ziemi, a tymczasem klienci w barach oglądają “mecz ligowy”. Sam Masterton nie wierzy w swą fabułę, co śmieszniejsze, nie wierzą w nią również jej bohaterowie ! Przez pół książki Erskine, co i rusz konfrontowany z kolejnymi nadprzyrodzonymi manifestacjami, stara się … zaprzeczyć istnieniu Misquamacusa(sic!), z którym sam osobiście już dwa razy walczył! A w obliczu końca świata rzuca suchary o tym jak to pokona Misquamacusa oddechem po cebuli. Hahaha … 

W ogóle ten czarny “humor” powieści zabija resztki jakości, jakie się w niej jeszcze mogły zatlić. Takie bombastle jak Manitou mają prawo działać wyłącznie wtedy, kiedy czytelnik na chwilunię zawiesi swe poczucie niewiary i da się porwać narracji. A tutaj sam autor jawnie nie wierzy w swoją opowieść, racząc czytelnika suchymi żarciochami. Ani się bać, ani śmiać, już raczej krzywić z zażenowania.


A sam Harry Erskine jest niczym grahamkowy James Bond, nie poddający się upływowi czasu. Mimo że powieść toczy się 20 lat po “Manitou” Harry to wciąż ten sam gościu, dość niesympatyczny i oślizgły typ pod czterdziestkę, naciągający kłamstwami starsze naiwne starsze damy i gotowy do rwania każdej napotkanej kobiety. Jeszcze na początku powieści wydaje się, że Masterton jakoś panuje nad upływem czasu - Erskine przedstawiony jest tam jako starszy już pan (musiałby mieć tak lekko 60tkę), ale w miarę upływu stron nagle, niczym hrabia Draculą, młodnieje i zaczyna się zachowywać jak w latach 70tych, podbijając do każdej laski. I jeszcze te jego incelskie komentarze na temat wad urody, kiedy w końcu raz dostaje w końcu kosza. Krindż na maksa.


Na plus sceny gore i makabry w wizjach tajfunów i burz wywołanych przez Misquamacusa i body horrorowa masakra w mieszkaniu Greenbergów, ale to stanowczo za mało. Sensu niewiele, zażenowanie całym Erskinem a zwłaszcza  jego “romansami” ogromne (ta scena łóżkowa z Karen! brrrr),  i na dobitkę czerstwy, nieśmieszny “humor”W moim rankingu grahamowa porażka 1992 (a to przecież rok świetnej “Walhalli”!)


piątek, 20 grudnia 2024

Stephen King - "Instytut" 8/10

Czas płynie, kolejne dekady mijają, a Stephen King wciąż wie, jak poloneza wodzić…i, będąc już po siedemdziesiątce (nie żebym Mistrzowi w PESEL zaglądał) nadal potrafi zaskoczyć i zabawić swych niezliczonych fanów trzymającą w napięciu, adrenalinową mieszanką przygodowego młodzieżowego (!) sci-fi, sensacji i horroru. “Instytut” - ależ to się czyta! (taki okrzyk można w zasadzie przy każdej książce Króla wydać, czegokolwiek by nie napisał, czyta się obłędnie przyjemnie).


+


Był sobie super zdolny dzieciak żyjący w szczęśliwej rodzinie. Wiadomo, taki wunderkind, młody Einstein, te sprawy. W wieku 12 lat został przyjęty na najbardziej prestiżowe uczelnie wyższe i zapowiada się przed nim kariera przyszłego noblisty. Aż tu pewnego wieczora mały zostaje porwany przez nieznanych sprawców, którzy na domiar złego mordują jego rodziców.


Chłopiec ląduje w tajnej bazie (rządowej?), eksperymentalnym laboratorium, gdzie spotyka również inne dzieci. Jak się okazuje, porwanie spowodowała  nie jego genialna inteligencja, naukowcy z Instytutu nie mają nawet o niej pojęcia, chodzi o jego, w sumie niewielkie, zdolności telekinetyczne (czasem w jego otoczeniu przesuwają się przedmioty). To właśnie zdolności pozazmysłowe - telekineza (poruszanie zdalne przedmiotów) i telepatia (przenoszenie zdalne myśli) są przedmiotem badań i obserwacji w Instytucie; wszystkie dzieci tu zgromadzone posiadają takie zdolności, to one właśnie spowodowały ich uwięzienie.


Pracownicy Instytutu przeprowadzają na swych podopiecznych szereg bolesnych i wyczerpujących eksperymentów, faszerują je też silnymi lekami. Po paru tygodniach takiej wirówki oszołomione ofiary trafiają do innej części Instytutu, tzw. Tylnej Połowy, z której już się nie wraca…


Owaaa, no, grubo i ciężko. jedyna szansa, to wiać. Luke przy pomocy skruszonej pracownicy Instytutu i grupy przyjaciół decyduje się na próbę ucieczki, a jako że  chłopiec piekielnie inteligentny i piekielnie zdeterminowany, próba kończy się powodzeniem. Zaczyna się prawdziwy wyścig z czasem - jeśli uciekinierowi uda się dotrzeć do mediów i poinformować opinię publiczną o zbrodniach Instytutu, prowadzące go sadystyczne zwyrole będą się miały z pyszna. Wszystkie ręce na pokład, w pościg ruszają wszystkie możliwe do zgromadzenia siły.


Udaje się namierzyć ślad uciekiniera w małym, południowym miasteczku - agent Instytutu (tak jest, Instytut ma rozwiniętą sieć agentury wśród amerykańskich cywili kingo-paranoja na pełnej) przyuważył chłopca, jak wyskakuje z przejeżdżającego pociągu towarowego. Liczna ekipa najemników na usługach Instytutu rusza helikopterem wojskowym - a na miejscu w mieścinie czeka na nich tylko mało doświadczona załoga lokalnego posterunku szeryfa, którą chłopak przekonał o realności zagrożenia.


Kiedy najemnicy przybywają do miasteczka wybucha westernowa strzelanina…


+


Powieść zaczyna się super zagrywką konstrukcyjną - cała pierwsza część książki pozostaje, przez długi czas, bez związku z trzonem powieści. Ot - samotny człowiek po przejściach szuka swego miejsca na ziemi i odnajduje je w małym południowym miasteczku… Zresztą ten początek do złudzenia przypomina wczesną powieść…Eda Lee (tak! TEGO Eda Lee!) “Ludzie Z Bagien” - wydalony ze służby po katastrofie karierowej wielkomiejski policjant trafia na prowincję do upokarzającej roboty, a tam odnajduje go lokalny szeryf i rozpoznając jego kompetrencje, wciąga go w szereg swych zstępców.


A potem jest już Totalne Kingowanie - koktajl znanych od lat motywów i składników wymieszanych w efektowny przygodowy koktajl. Jest Grupa Fajnych Dzieciaków, młodzieńcza przyjaźń i nostalgia jak w “Ciele” (Stand By Me) czy w “Tym”, są esperowe moce niczym w “Carrie” (telekineza) czy “Lśnieniu” (telepatia), ba, pojawia się doskonale znany z  “Martwej Strefy” dylemat jasnowidzenia, które przewidując straszne wydarzenia w przyszłości chce im zapobiec poprzez zabijanie uczestników tych wydarzeń w teraźniejszości. Typowe dla anarchizującego Kinga są też  spiski na szczytach władzy i nieufność wobec instytucji rządowych (“Bastion”) - u takiego Koontza takie motywy byłyby niemożliwe, tam, nawet jeśli są jakieś podejrzane laboratoria i badania (“Opiekunowie”), to za zbrodniami już stoją jacyś “ruscy agenci”.


Również końcowa westernowa strzelanina staje się już trademarkiem późnego Kinga - łomot broni palnej i smród prochu unoszą się nad finałem “Śpiących Królewien”, “Outsidera” a teraz również “Instytutu”. No i git majonez, tylko przyklasnąć - westerny są bardzo cool  a King ma do strzelanin znakomitą rękę (choć ofkors trudno o dreszcz nadprzyrodzonej grozy).


No i wreszcie całość wieńczy, również bardzo u Kinga częsty, finałowy zrzut cukru,  tym razem jednak nie pocieszny czy irytujący przesłodzeniem  a wyczekiwany przez wszystkich trzymających się w napięciu krawędzi fotela czytelników, zakochanych w znakomicie (it’s a Stephen King novel) wykreowanych bohaterach powieści.


O stylu Kinga już było we wstępie - to talerz pełen aromatycznych, świeżych pączków, to kebab z Efesa, to parujące golonko - no, co kto tam lubi, niekoniecznie musi być  najzdrowsze, ale zawsze jest obłędnie smaczne.


Zdanie podsumowania - jasne, można uznać, że to “king na autopilocie”, ale, rany, JAK to się czyta! JAK to wciąga! JAK te setki stron znikają w mgnieniu oka! Żyj nam Mistrzu jeszcze 100 lat (ok. 50 też będzie dobrze) a w zdrowiu dobrym, żebyś mógł wciąż dostarczać tak wsapaniałych emocji. BARDZO polecane, choć przyznać trzeba, że bardziej to powieść przygodowa niż groza.


PS

Ofkors już się kręci serial - tylko nie wiem ja jakim streamingu. Ale pewnie zara będzie. Siadam z wypiekami! 


Jennifer Thorne - "Diavola" 8/10

Wakacje w Toskanii, duża amerykańska rodzina w wynajętej dużej willi, w której jest wieża z zamkniętym pokojem ….słoneczny “wakacyjny” horro...