Zupełnie niepotrzebna, źle wymyślona, niepoważnie poprowadzona, na siłę napisana kontynuacja cyklu o złowrogim indiańskim szamanie Misquamacusie, knującym plany zagłady “białych najeźdźców”. Ihaaaa….
+
Lata mijają, a znany już z poprzednich części cyklu fejk-medium Harry Erskine wciąż utrzymuje się z naiwności starszych dam pozorując kontakt z ich zmarłymi bliskimi Pewnego dnia Harry jako “ekspert od spraw nadprzyrodzonych” (detektyw mroku…) zostaje jednak zaangażowany do prawdziwie niepokojącej sprawy.
W nowojorskim mieszkaniu pani Greenberg na skutek dziwnej manifestacji demonicznych mocy wszystkie meble zostały, niczym magnesem, przeciągnięte na jedną stronę pomieszczeń a kontakt z zaświatami wpędził kobietę w półkatatoniczny stan letargu. Zaniepokojony mąż potrzebuje fachowej pomocy.
No właśnie - fachowej. Po wstępnej wizycie Harry orientuje się, że nic tu po nim i jego udawanym mocom, tutaj trzeba prawdziwego specjalisty, udaje się więc po poradę do autentycznego psychopompa - mówcy duchów, Martina Vaizey. A u mówcy pierwszy duch, który się objawia, to duch …Śpiewającej Skały (szamana z poprzednich części Manitou), który ostrzega, że za niesamowite wydarzenia w przeklętym mieszkaniu odpowiada dobrze już znany duch Misquamacusa!
Ale tym razem upiorny szaman nie zamierza się ograniczać do punktowych działań. Owszem, używając w tym celu ciała opętanego przez siebie Vaizeya morduje małżeństwo Greenbergów, ale tak naprawdę showdown w Nowym Jorku to tylko małe michałki. Mściwy Indianer zamierza bowiem, dosłownie, wykorzenić z amerykańskiej ziemi wszystkich (!) białych ludzi. Wzywając piekielne moce mrocznego indiańskiego bóstwa o niewymawialnym imieniu wszczyna na terenie całego USA katastrofy klimatyczne, jakieś niebywałe “trzęsienia ziemi” w których nikną z powierzchni całe milionowe metropolie (np. Chicago)! No, jeńców to on nie bierze…
Jedynym, który może stanąć mu na drodze jest ofkors Harry Erskine, który podejmując pogoń za Misquamacusem, mającą na celu uratowanie przed skazaniem biednego Vaizeya, którego policja zatrzymała za morderstwo małżonków Greenberg (technicznie to w zasadzie mają rację…), odkrywa upiorny plan mściwego maga…
+
Oesu, strasznie słabe…Masterton to, generalnie, dobry, solidny autor a początek lat 90-tych był jednym z jego lepszych okresów twórczych. Lovecraftowscy “Drapieżcy”, “Zjawa”, “Walhalla” - to wszystko udane, dobrze napisane hity. Nie bardzo zatem wiadomo, po co w ogóle zdecydował się na powrót do Manitou. Tzn. chyba wiadomo, poprzednie części były popularne, sporo czytelników je kupiło, to dlaczego by nie napisać kolejnej części? Zwłaszcza że roboty mniej, każda kolejna powieść powtarza bowiem podobne patenty i korzysta z tego samego “uniwersum” więc pisze się ją pewnie trochę na autopilocie. No i są fani, którzy chętnie łykną więcej tego samego…
Ale, jak widać po moim przykładzie, nie dotyczy to wszystkich fanów. Bardzo lubię oryginalnego “Manitou”, to klasyk “złotej ery” pełen akcji i jump scarów, z fajnymi postaciami, ciekawym pomysłem i nienachalną, lekką nutka czarnego humoru. Nawet jego liczne absurdy fabularne i pocieszne zakończenie doskonale się bronią w campowej estetyce epoki. No ale “Duch Zagłady” - trzecia część sagi, zo zupełnie inna historia…
Nie podoba mi się nonsensowny, nieprzemyślany główny pomysł fabularny, zakończony banalną, sto razy już wykorzystaną w innych “grahamkach” finałową walką, następującą po“wejściu do krainy potwora”.
W efekcie zmiany tonacji opowiadanej historii często zamiast rasowego horroru mamy do czynienia z generyczną powieścią katastroficzną niczym z niegdysiejszych blockusterów kinowych w rodzaju “Płonącego Wieżowca” czy “Trzęsienia Ziemi”. Nadto brak elementarnej konsekwencji w tej opowieści. Pół USA idzie w piz…., giną setki tysięcy ludzi, Chicago i Las Vegas znikają z powierzchni ziemi, a tymczasem klienci w barach oglądają “mecz ligowy”. Sam Masterton nie wierzy w swą fabułę, co śmieszniejsze, nie wierzą w nią również jej bohaterowie ! Przez pół książki Erskine, co i rusz konfrontowany z kolejnymi nadprzyrodzonymi manifestacjami, stara się … zaprzeczyć istnieniu Misquamacusa(sic!), z którym sam osobiście już dwa razy walczył! A w obliczu końca świata rzuca suchary o tym jak to pokona Misquamacusa oddechem po cebuli. Hahaha …
W ogóle ten czarny “humor” powieści zabija resztki jakości, jakie się w niej jeszcze mogły zatlić. Takie bombastle jak Manitou mają prawo działać wyłącznie wtedy, kiedy czytelnik na chwilunię zawiesi swe poczucie niewiary i da się porwać narracji. A tutaj sam autor jawnie nie wierzy w swoją opowieść, racząc czytelnika suchymi żarciochami. Ani się bać, ani śmiać, już raczej krzywić z zażenowania.
A sam Harry Erskine jest niczym grahamkowy James Bond, nie poddający się upływowi czasu. Mimo że powieść toczy się 20 lat po “Manitou” Harry to wciąż ten sam gościu, dość niesympatyczny i oślizgły typ pod czterdziestkę, naciągający kłamstwami starsze naiwne starsze damy i gotowy do rwania każdej napotkanej kobiety. Jeszcze na początku powieści wydaje się, że Masterton jakoś panuje nad upływem czasu - Erskine przedstawiony jest tam jako starszy już pan (musiałby mieć tak lekko 60tkę), ale w miarę upływu stron nagle, niczym hrabia Draculą, młodnieje i zaczyna się zachowywać jak w latach 70tych, podbijając do każdej laski. I jeszcze te jego incelskie komentarze na temat wad urody, kiedy w końcu raz dostaje w końcu kosza. Krindż na maksa.
Na plus sceny gore i makabry w wizjach tajfunów i burz wywołanych przez Misquamacusa i body horrorowa masakra w mieszkaniu Greenbergów, ale to stanowczo za mało. Sensu niewiele, zażenowanie całym Erskinem a zwłaszcza jego “romansami” ogromne (ta scena łóżkowa z Karen! brrrr), i na dobitkę czerstwy, nieśmieszny “humor”W moim rankingu grahamowa porażka 1992 (a to przecież rok świetnej “Walhalli”!)