Oj nie tak miało to być….coś, co w założeniu zapowiadało się bardzo, bardzo obiecująco, w ostateczności mocno rozczarowało. Teoretycznie to nie miało prawa się nie udać, horror osadzony w realiach mego ukochanego rodzinnego Górnego Śląska wydawał się aż nadmiarem szczęścia, no ale jednak się nie spodobało , nawet bardzo się nie spodobało. Choć efektowny, twistowy finał niesie nieco nadziei na przyszłość….
+
Katowice, górnicze osiedle Hasi (po śląsku “hasie”), położone w pobliżu opuszczonej kopalni o tej samej nazwie (nazwa “Hasie” na kopalnię??? “Kleofas”, “Wujek”, “Piast”, “Ziemowit”, to ok, ale kto nazwałby kopalnię “hasiem”? No nie Ślązak, Ślązak kopalnię-żywicielkę nazwie z szacunkiem). Trzy domy (dosłownie) i brudne podwórko między nimi. Mieszka tam garstka ludzi, wśród nich wiecznie awanturująca się kłótliwa baba, emeryt górniczy pędzający całe dnie na placu i sączący tanie piwo, a także starsza, poważnie chorująca na cukrzycę (właśnie straciła stopę) kobieta. Jej bratanica, Alicja zaczyna odwiedzać Hasi by pomagać chorej, niesprawnej ciotce.
Alicja zapoznaje kilkoro młodych lokalesów, z którymi zaczyna spędzać wolny czas. Roztacza też trochę siostrzaną a trochę matczyna opiekę nad małą, 7 letnią Leną, która spędza prawie cały czas sama na podwórku, zaniedbywana przez alkoholika ojca, samotnie wychowującego dziecko.
Sielankowa górnośląska atmosfera zaczyna z biegiem czasu się zagęszczać. Wieczorami i nocami pod oknami Hasi słychać maszerujące grupy. To “wycieruchy”; miejscowi próbują uspokajać że to zwykłe lumpy łażące bez celu, ale Alicja obawia się że to coś więcej…
W opuszczonej kopalni ginie bez śladu grupka urbexowych poszukiwaczy rozrywki, wkrótce znika również zmierzła sąsiadka a po niej do grona zaginionych dołącza ojciec Leny. Ostatecznym impulsem jest porwanie dziewczynki.
Młodzi decydują się, by coś z tym zrobić. Ich śledztwo ujawnia tajemnice wiążące się z osiedlem i otaczające opuszczony teren kopalni. Badacze dzielą się na dwie grupy, jedna uda się do Domu Spokojnej Starości wysłuchać opowieści pewnego weterana górniczego, druga, nie tracąc czasu, wyrusza wgłąb kopalni Hasi…
+
Hasi ma na szczęście, swoje zalety (i nie myślę tu o zjawiskowo pięknym wydaniu), bez nich bowiem zakończyłbym lekturę wściekły na stracony czas, a tak, to, mimo rozczarowania, czekam, zaciekawiony, zapowiedzianej drugiej części.
Najgorzej wspominam samą lekturę, proces czytania. Wiem, książka ma mnóstwo bardzo entuzjastycznych recenzji, zatem jestem w zdecydowanej mniejszości, ale, nie wiem o co kaman, czytało mi się to OKROPNIE. Męczyłem dosłownie każdy akapit i podczas lektury potężnie walczyłem ze sobą, żeby nie zrobić DNF i nie rzucić książki w kąt. Tylko ośli upór (skoro zacząłem to MUSZĘ skończyć) mną kierował. Coś mi nie pasowało w samym rytmie czytania, w kolejnych zdaniach, akapitach. Nie tylko autorce ale i (jak grubo to grubo) redaktorkom kamyk do ogródka w ten sposób wrzucam, ale na etapie narracji, warsztatu “Hasi” nie funguje, nie działa. Pojedyncze ładne zdania nie sklejają się ze soba, prowadzą w różnych kierunkach, “hamują” wręcz oczy przy czytaniu.
Niezbyt angażujący są również główni bohaterowie, choć tutaj wraz z kolejnymi stronami sytuacja ulegała poprawie, i coraz bardziej można było się wciągnąć w ten świat i zacząć współprzeżywać ich przygody.
Bardzo długo nie potrafiła też przekonać do siebie sama fabuła, pomysł na książkę. Nazwać “Hasi” slow-burnerem to nic nie powiedzieć. Przez pierwsze 300 (z 400!) stron praktycznie nic się nie dzieje, drobne nutki niesamowitości są ledwo dostrzegalne, toną w lepkiej masie obyczajowej opowieści. Gadu gadu, pitu pitu, młodzi piją herbatę, starsi jedzą kołocz i wspominają dawne czasy, czasem pod oknami słychać szurające buty, czasem ktoś jakąś klechdę ludową opowie, ale generalnie podwiewa nudą (jak dodać ten męczący styl to każde spojrzenie na leżącą na szafce książkę powodowało ciężkie westchnienie).
Trudno też było bez zdumienia czytać opisy przygód toczących się w kopalni. Sam nie jestem z górniczej rodziny, ale mam pełną świadomość tego, że węgiel jest w naszych kopalniach pieronowo głęboko (600, 800 m pod powierzchnią ziemi) i trudno było mi podczas lektury zrozumieć sceny, w których bohaterowie wchodzą sobie z buta do tej kopalni jak do jakiejś przyblokowej piwniczki.
I do tego absolutnie upiorna “śląsko godka”. Akcja “Hasi” dzieje się w samym sercu robotniczego, górniczego Górnego Śląska (na oko między Katowicami a Chorzowem). Sporo bohaterów (głównie starszych) ma, teoretycznie, godać po ślunsku. Ale właśnie zamiast richtig godać, oni “gadajom” (celowo tak napisałem) jakąś upiorną nowo-mową, mieszaniną przypadkowych słów śląskich, ludowej wiejskiej polszczyzny i języka literackiego. To się czyta naprawdę koszmarnie. Autorka mając świadomość niebezpiecznego terytorium usiłuje tę bombę rozbroić w posłowiu i broni swej decyzji o wygenerowaniu szczególnej “gwary” mającej z jednej strony oddać odrębność Ślązaków a z drugiej być zrozumiałą dla Polaków, ale wyszło bardzo nieprzekonująco. Już nie mówię o hardcorowym ślązaczeniu, wystarczyłoby taką “ligoniową” (od Stanisława Ligonia) “śląsko-polszczyzną” operować, trochę jak Gustlik w Czterech Pancernych.
Temat jest tym bardziej bolesny, bo akurat państwo polskie po raz kolejny odmówiło uznania śląskiej godki za język regionalny (w zamian za to oferując jakiś “etnolekt języka polskiego” cokolwiek by to miało znaczyć).
Naprawdę, nie trzeba było brnąć w ten śląski, historia broniłaby się (albo i nie) także spisana po polsku, ale jak już wejść w ten temat, to wypadałoby to zrobić dobrze. Jest sporo śląskich autorów, działaczy, aktywistów, fanów, którzy gotowi byliby, nawet w czynie społecznym, pomóc w takich dialogach (po prowdzie somechse w gowie te godki po naszymu ukłodoł, coby chycić trocha sztimungu).
Teraz to co dobre. Główny pomysł bardzo długo nie był przekonujący. Nie dość, że się prawie nic nie działo, to jeszcze idea “zombiaków” włóczących się nocami po górniczym osiedlu nie wydawała się zbyt atrakcyjna. ALE (wszystko co przed “ale” jest g… warte, c’nie?), na koniec Beata Skrzypczak dowiozła. Finał, pełen akcji i świetnych twistów (pal sześć, że, co do głównego kierunku, dużo wcześniej przewidywalnych, no ale jednak), a do tego mroczne, depresyjne zakończenie, sporo nadrobiło. Wprawdzie nie było ono, we mojej ocenie, zbyt sensowne, ale dobry horror wcale nie musi być bardzo logiczny czy pospinany fabularnie. Ma zaskoczyć, spowodować dyskomfort i takie uczucie “ale to jest fajnie zakręcone”. I tak właśnie zaskakuje zakończeniem “Hasi”. To ten dobry finał powoduje, że mimo strasznego narzekania czekam na (zapowiedzianą) kontynuację i liczę, że będzie lepsza (liczę, że nie będą to “kolejne przygody” poznanej ekipy, ona się w końcu mocno “zgrała”, c’nie? (#kmwtw), tylko świeży górnośląski horror z folkową tematyką w tle).
Nie mówię, Hasi zbiera znakomite oceny, bardzo wielu fanom bardzo się podoba, więc na pewno każdy fan grozy powinien takiemu przebojowi dać szansę, ale z mojej perspektywy - mimo dobrego zakończenia, nie spodobało się. I nie będę uciekał w tricki rodzaju “widocznie to nie dla mnie”. Śląski horror, śląski klimat, śląskie bajdy i gatunkowa groza to tematyka jak najbardziej dla mnie, jestem wymarzonym target audience dla takich książek. Wystarczyłoby, żeby nie była dla mnie rozczarowaniem, a jużbym klaskaniem miał obrzękłe prawice. No ale nie mam, niestety…
PS.
3/10 t0 bardzo surowa ocena, ale ona nie ma stanowić moje próby “obiektywnego” oszacowania wartości książki a subiektywne odczucie podczas lektury. A większość czasu męczyłem się okrutnie…
Komentarze
Prześlij komentarz