Państwowy Instytut Wydawniczy (PIW), kontynuując swoją prestiżową serię „Opowieści Niesamowite”, zdecydował się w dziewiątym tomie cyklu na wizytę w Japonii. Warto wspomnieć, że w ramach serii (która swe początki ma jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku, w PRL-u) w roku 1986 wydana została „Ballada o Narayamie”, prezentująca japońskie opowiadania grozy. Nowa edycja (2025) to jednak coś znacznie więcej niż tylko „odświeżona wersja”. W zbiorze znalazło się 21 historii, które ukazują całe spektrum stylów – od onirycznych miniatur po rozbudowane studia obłędu. Jedynie sześć tekstów powtarza się z wydaniem z 1986 roku, co oznacza, że aż 15 opowiadań stanowi dla polskiego czytelnika nowość.
Co ciekawe, nowy tom rezygnuje z wielu tekstów opierających się na tradycyjnym folklorze (m.in. Koizumiego Yakumo czy Lafcadio Hearna o duchach i potworach) na rzecz tekstów bardziej abstrakcyjnych i modernistycznych. To sygnał, że seria „Opowieści Niesamowite” ewoluuje w stronę literatury typu weird fiction, gdzie źródłem lęku jest nie tyle element gatunkowy (zjawa, potwór), co pęknięcie w samej strukturze rzeczywistości. Przez to nowe wydanie przesuwa ciężar z dominującego w „Balladzie” folkloru w stronę weird fiction i body horroru. W dziewiątym tomie serii PIW czytelnik odnajdzie zupełnie inną strategię budowania napięcia. Tu groza schowana jest w detalu – w cieniu rzucanym przez przesuwną ścianę, w nienaturalnym ruchu stopy czy w ciszy, która nagle okazuje się mieć swoją wagę. To właśnie ta „mikro-groza”, operująca na styku jawy i snu, stanowi o sile antologii.
Wybór autorów to zbiór „gwiazd”, które ukształtowały nowoczesną literaturę japońską. Wśród nich znajdują się zarówno nobliści (Kawabata, Ōe), jak i twórcy kultowi dla gatunków takich jak kryminał czy surrealizm (Edogawa Ranpo, Abe Kōbō).
Omówienie zacznę od Ryūnosuke Akutagawy, autora najbardziej znanego z „Rashōmona” (genialnie zekranizowanego przez Akirę Kurosawę). Jego opowiadania są absolutnie weirdowe, niepokojące, balansujące na granicy realnego i Tajemnicy. W mrocznym „Piekieł wizerunku niezwykłym” mamy dwie przecinające się linie. Jedna to sama fabuła – ponura historia samurajska à la Rigoletto (można sobie też przypomnieć wspaniały film Masakiego Kobayashiego „Bunt”), gdzie mamy wielkiego pana, słynnego malarza i jego jedyną córkę, której tenże pan czyni niedwuznaczne propozycje. Druga warstwa to zagadnienie moralne; pytanie, ile można poświęcić dla sztuki (przypomnijmy sobie „Portret owalny” Poego). Całość prowadzi do wstrząsającej kulminacji – spalenia powozu z żywą kobietą w środku, aby artysta mógł uchwycić autentyczne cierpienie. To studium obsesji, w którym estetyka wygrywa z etyką, pozostawiając czytelnika z pytaniem o cenę arcydzieła. Bardzo, bardzo niepokojące.
Równie balansujące na granicy, grające w ciuciubabkę z oczekiwaniami czytelnika, jest „Niezwykłe spotkanie”, w którym konkubina japońskiego żołnierza popada stopniowo w szaleństwo, wspominając swego zmarłego ukochanego, powracającego do niej (?) pod postacią pieska. I jeszcze „Park Asakusa – pewien scenariusz”, eksperymentalny utwór stanowiący zbiór literackich storyboardów do nieistniejącego filmu. Akutagawa stosuje techniki filmowe, dzieląc narrację na serię krótkich migawek i bawi się tą formą, by wywołać u czytelnika poczucie dezorientacji, tworząc w ten sposób oniryczny portret tokijskiej dzielnicy rozrywki, gdzie w tłumie przechodniów czai się coś nieuchwytnego i groźnego.
Kolejnym ciekawym autorem jest Jun’ichirō Tanizaki. Jego „Tatuaż” to modernistyczne opowiadanie łączące piękno z okrucieństwem. Sadystyczny tatuażysta, lubujący się w zadawaniu cierpienia swym klientom, porywa piękną kurtyzanę i uśpionej tatuuje na plecach zabójczego pająka, przelewając w ten obraz swą mroczną duszę. Kobieta, dobrowolnie przyjmująca cierpienie, stanie się w ten sposób – niczym Alrauna Ewersa czy Helen Vaughan Machena – femme fataledoprowadzającą mężczyzn do upadku. Najlepszym opowiadaniem Tanizakiego jest jednak „Szkaradne oblicze” – znakomita historia o zagubionym filmie, który można opisać jako „horror romantyczny”. Tragicznie zmarły, brzydki żebrak nawiedza po swej samobójczej śmierci okrutną kurtyzanę pod postacią... narośli na kolanie (kto pamięta „Nocny film” Marishy Pessl, poczuje podobny vibe). I wreszcie „Królestwo w miniaturze”, opisujące dziwną władzę, jaką nad kolegami z klasy roztacza pewien uczeń. Pokazuje ono, jak ta charyzma sięga aż do świata dorosłych. Brak tu może elementu gatunkowej grozy, ale klimat jest efektownie niepokojący, a całość wieńczy świetny finał.
Włączenie do antologii Abe Kōbō, nazywanego często „japońskim Kafką”, jest jednym z najmocniejszych punktów dziewiątego tomu. Abe wprowadza do zbioru element surrealistycznej paranoi i egzystencjalnej pustki. „Zaczarowana kreda” to z pozoru prosta opowieść o przedmiocie materializującym narysowane rzeczy (pamiętacie „Zaczarowany ołówek”?), która szybko zmienia się w groteskowy koszmar o granicach rzeczywistości. Jednak to „Śmierć bez związku” najlepiej oddaje unikalny styl autora. Historia człowieka, który we własnym mieszkaniu znajduje trupa nieznajomego, jest poprowadzona w sposób flegmatyczny, niemal biurokratyczny, przypominający Józefa K. z „Procesu” Kafki. Bohater usiłuje wymyślić sposób na odsunięcie od siebie podejrzeń, godzinami planuje, gdzie podrzucić ciało, a wraz z upływającym czasem, kolejnymi decyzjami i czynami, tylko zwiększa podejrzenia. Ta „groza codzienności”, w której najbardziej przerażające jest nie samo morderstwo, lecz brak jakiejkolwiek emocjonalnej reakcji i zagubienie w hipotezach, stanowi o sile prozy Abe. Czytelnik czuje się tu jak w labiryncie, z którego nie ma wyjścia... Znakomite.
Niestety, mamy też u Abe jeden zonk. To długi, mętny i nudny „Jenot z Wieży Babel”. Bohater, tracąc swój cień, który został... zjedzony przez... jenota (sic!), staje się niewidzialny (to, trochę wellsowskie rozwiązanie, jest nawet początkowo OK), po czym na latającej trumnie (sic! sic!) udaje się do pozawymiarowej „Wieży Babel”, a tam, zamienione w jenoty (sic! sic! sic!), czekają na niego wielkie postaci kultury światowej. Ueeee, jakieś mało jasne odniesienia do kultury, jakieś nieistotne dzisiaj przekomarzania z surrealizmem – tak wygląda literatura „zestarzała”. Mocno „przeliteraturowane”.
„Aguii, zjawa z nieba” autorstwa Kenzaburō Ōe to utwór eksplorujący granicę między zdrowiem psychicznym a szaleństwem. Motyw niewidocznej dla otoczenia zjawy, która towarzyszy bohaterowi, służy tu jako metafora traumy i niemożności ucieczki przed przeszłością. Yukio Mishima natomiast w opowiadaniu „Śmierć w środku lata” w typowy dla siebie sposób łączy piękno przyrody z brutalnością losu. Niesamowitość nie wynika tu z ingerencji sił nadprzyrodzonych, lecz z przerażającej obojętności natury wobec ludzkiej tragedii. Dwoje dzieci i ich ciocia-opiekunka giną tragicznie podczas letnich wakacji nad morzem. Rodzice muszą zmierzyć się z tragedią... Niestety wraz z kolejnymi stronami niknie początkowy impet, historia grzęźnie i zmierza trochę donikąd, do konstatacji, że „trzeba żyć dalej”.
Nurt folk horroru reprezentuje w zbiorze twórczość Kyōki Izumiego. W „Świątobliwym bonzie z góry Kōya” samotna, zalotna kobieta mieszkająca w położonym na uboczu domku przyjmuje zbłąkanych wędrowców. Biada im jednak, kiedy odpowiedzą na jej wdzięki... Naszego bonzę ratują nie tyle surowe zasady moralne (też wpada w sidła pięknej nieznajomej), co raczej żelazna wola pozwalająca na końcu wygrać pojedynek z demonem. Z kolei „Potwory z morza” traktują o demonach prześladujących rybaków podczas połowów. Zaskakujący jest tragiczny finał opowieści.
Pewnym rozczarowaniem są opowiadania Yasunari Kawabaty. Może i ma on Nobla, ale gatunkowo zbyt wiele w jego miniaturowych tekstach nie ma; są to bardziej impresje, ulotne wrażenia (takie trochę większe haiku) niż konkretne fabuły. W „Oshin Jizō” mamy pożądanie, jakie w mężczyźnie obudziła przypadkowo poznana dziewczyna, i przemijanie urody (jak spadający kasztan). Podobnie niesubstancjalne są „Białe buty” – aż trudno jakąkolwiek nić złapać. „Pieśń liryczna”, mimo że początkowo wydaje się zupełną enigmą, stopniowo ukazuje wyłaniającą się z gąszczu oderwanych myśli nutę przewodnią: tęsknotę za zmarłym kochankiem.
Edogawa Ranpo to pseudonim (japoński zapis „Edgar Allan Poe”), co wyraźnie wskazuje na gatunkowe inspiracje i fascynacje autora. Jego „Dwóch kalekich mężczyzn” to mocno twistowa historia kryminalna sprzed lat – opowieść o somnambulizmie, morderstwie i spisku.
No i na koniec zgrabnie twistowa opowieść Yumiko Kurahashi („Kobieta z latającą głową”), kładąca nacisk na fizyczność i body horror. Bohater zakochuje się w pięknej dziewczynie, nocami wkrada się do jej sypialni z podglądackimi zamiarami, a tam odkrywa jej mroczną tajemnicę... Motyw latającej głowy u Kurahashi to z jednej strony nawiązanie do tradycyjnych demonów rokurokubi (znanych chociażby z „Kwaidanu” Lafcadio Hearna), z drugiej – nowoczesna, makabryczna opowieść o tożsamości i erotyce.
Cykl antologii „narodowych” PIW to projekt ambitny, koncentrujący się bardziej na literaturze przez duże „L”, „bezprzymiotnikowej”, niż na gatunkowych, pulpowych atrakcjach. Zamiast prostej rozrywki stara się odnaleźć element niesamowitości w twórczości autorów najbardziej znanych, mainstreamowych i reprezentatywnych dla danej kultury. Nie inaczej jest z opowieściami japońskimi. Ta antologia to jakby portal do świata klasycznej literatury japońskiej, bardziej polecany miłośnikom kultury Dalekiego Wschodu niż zaciętym horrorowym die-hardom. Niemniej dla fanów rasowego weirdu – lektura OBOWIĄZKOWA!
Komentarze
Prześlij komentarz