Przejdź do głównej zawartości

Masterton Graham - Krew Manitou (4) 6/10

Całkiem niezła, sprytnie wymyślona i zgrabnie poprowadzona (no, finał jest zwyczajowo słaby) wampiryczna powieść Grahama Mastertona, tyle, że niepotrzebnie i niezbyt przekonująco włączona przez niego do cyklu Manitou.


+


W Nowym Jorku rozprzestrzenia się jak ogień śmiertelna choroba. U zarażonych rozwija się wrażliwość na światło słoneczne i nieopanowana żądza picia ludzkiej krwi. By zaspokoić pragnienie gotowi są oni do najgorszych zbrodni, potrafią poderżnąć gardło sąsiadowi, żonie czy nawet własnym dzieciom. W ostatnim etapie ludzie konwulsyjnie wymiotują wypitą krwią, po czym następuje śmierć. 

Ale ta śmierć nie kończy sprawy, po niej zainfekowani wracają do nie/życia i przemieniają się w tzw. “bladych”, w wampiry, zwane z rumuńska “strigoi” (tak, mamy w tle rumuńskiego wampira). Potrafią oni wspinać się po pionowych ścianach, przechodzą przez lustra (“srebrne drzwi”) i rozsiewają dalej zarazę.

Już po kilku dniach Nowy Jork staje się scenerią post-apokaliptycznej zagłady. Życie praktycznie zamiera, ludzie zamykają się w domach, nad miastem snują się dymy pożarów, a na opustoszałych, pokrytych trupami ulicach grasują w poszukiwaniu kolejnych ofiar bandy strigoi.


Naprzeciw zła stanie drużyna, w której skład wchodzą zarażony wampiryzmem lekarz, przygodny żołnierz, córka rumuńskiego demonologa znająca tematykę wampiryczną i…. dobrze nam znany (z poprzednich tomów cyklu Manitou) “wróżbita” szarlatan Harry Erskine. Odkryją oni, że za epidemią stoi szczególny ArcyWampir, rozsiewca zarazy, tzw. “svarkolaci”, który sterowany jest z kolei w swych działaniach przez jeszcze Innego Szatana…


+


Po bardzo rozczarowującym “Duchu Zagłady”, czwarta część, “Krew Manitou” przynosi zaskakujące odświeżenie serii.  a to głównie z uwagi na efektowny, przypominający nieco “Pragnienie” Roberta McCammona pomysł główny -  prastarego rumuńskiego wampira, który rozsiewa w Nowym Jorku epidemię wampiryzmu. Szczególnie dobrze wypada to w dobrze, z nerwem poprowadzonym wątku szpitalnym - w którym jeden z bohaterów lekarz konfrontuje się z nieznaną, śmiertelną chorobą, następnie jest atakowany przez wampira i, w końcu, z usiłuje walczyć z rozwijająca się w nim żądzą krwi. 


W ogóle cała apokalipsa jest fajnie opisana, pełna udanych zagrań i patentów fabularnych. Złowrogie “strigoi” pełzające po murach, wampiry przechodzące lustrami 

Niestety, Masterton, zamiast pociągnąć tego zgrabnego stand-alona postanowił włączyć go do sagi o złowrogim indiańskim czarowniku Misquamacusie usiłującym po raz kolejny dokonać zemsty i wymordować wszystkich białych najeźdźców. I to połączenie jest mało przekonujące. Już pomijam bajdurzenia, jak to duch Misquamacusa wszedł w konszachty z Wampirem, ale ponownie w centrum wydarzeń pojawia się niezmiennie irytujący fejk-medium i geninę hochsztapler Harry Erskine, ten James Bond grahamkowego uniwersum (czas się faceta normalnie nie ima, od 30 lat ma ok. 35 lat). Ponownie przynosi on ze sobą wątpliwej jakości poczucie humoru i ponownie (już pomału niesmaczne)wątpliwej jakości wątki erotyczne  (tak, w pewnym momencie do walki z mocami ciemności trzeba będzie użyć magii rytualnego seksu a ochoczym celebrantem będzie jurny Harry).


No i, charakterystycznie dla Mastertona, jeszcze raz finał powieści jest nieudany, jak taki mokry kapiszon. Niemniej książka jest zaskakująco udana, chyba najlepsza z wszystkich kontynuacji, fani złotej ery (mimo że powieść już z XXI wieku) będą zadowoleni.

Komentarze