Przejdź do głównej zawartości

Marcin Majchrzak - „Stacja” 6/10

 Marcin Majchrzak – Stacja


Intrygujący pomysł, irytujące wykonanie – tak najkrócej można podsumować debiutancką (?) powieść Marcina Majchrzaka. Do efektownie wymyślonego, zapętlonego, czarną farbką malowanego finału przyjdzie się jednak przebrnąć przez niekończące się litanie i wyrzekania głównego bohatera – nastoletniego uosobienia Weltschmerzu, wędrującego bez celu po paskudnych ulicach swego równie paskudnego miasta rodzinnego.


+


Piotr po latach nieobecności wraca do rodzinnego miasta, by uporządkować mieszkanie po zmarłej matce. Wędrując bez celu paskudnymi ulicami paskudnej mieściny, wspomina swe szkolne lata, a w szczególności alkoholową imprezkę w ruinach opuszczonej stacji kolejowej Chomiczówka. Impreza zakończyła się tragedią – podpity kolega zginął, spadając z wysokości i nabijając się na żeliwny, sterczący pręt.


Straszna śmierć odciska mroczne piętno na pozostałych nastolatkach – jeden z nich ląduje nawet na chwilę w psychiatryku. Głównego bohatera zaczyna z kolei dręczyć zły, mroczny głos, podszeptujący mu w głowie okropności i popychający go ku złu.


Gdy po tygodniach wszyscy spotykają się na kolejnej bibce, dochodzi do następnego nieszczęścia: coś – Piotr jest przekonany, że to manifestacja Głosu z jego głowy – przestrasza nastolatków, a jedna z dziewczyn wpada głową w ognisko. Wychodzi z tego bez większego szwanku, choć mocno poparzona.


Tymczasem głos w głowie bohatera coraz bardziej jadowicie namawia go do czynienia zła. Pewnego dnia w mieście nieznany sprawca morduje młodego pomocnika piekarza – szkolnego chuligana i bully’ego, wśród którego ofiar był i nasz narrator…


Grupa pomału się rozpada – koledzy zmieniają szkoły, słabną wzajemne więzi, w końcu Piotra zostawia też dziewczyna. Zostają we dwójkę, tylko z kolegą Zwyrolem, i z dwoma jabolami pod pachą ruszają do dobrze znanej miejscówki – do Chomiczówki…


Wszystkie te wspomnienia wracają do Piotra, gdy po latach wraca do miasteczka i spotyka Nastię – ostatnią żyjącą uczestniczkę tamtej pierwszej imprezki.


+


Jak przeczytać to streszczenie, to pomysł na „Stację” jest wręcz rewelacyjny – pełen mroku, z twistami, szczyptą makabry, ponurym zakończeniem. Ręce same składają się do oklasków. Niestety, wykonanie nie dojeżdża, to say the least.


I nie chodzi tu o technikalia. Majchrzak pisze naprawdę dobrze, a biorąc pod uwagę, że większość powieści tego typu to afabularne narzekanie na Ból Istnienia i przekonanie, że wszystko jest gównem z wyjątkiem moczu – to nawet bardzo dobrze: czyta się to zupełnie bezboleśnie, a miejscami nawet przyjemnie dla oka. Szczególnie dobrze wypadają dialogi – autor ma wyjątkowe ucho i dryg do pisania naturalnie, realistycznie brzmiących rozmów nastolatków, co tym bardziej godne pochwały, że artystyczny weird często brnie w takie wyrafinowanie stylistyczne, iż jego (nieliczne) dialogi zaczynają przypominać dyskurs literaturoznawczy. Tu mamy za to gritty prozę życia.


No ale – hilfe, ileż można! Bo mimo tych atutów, dziesiątkami stron nic się nie dzieje – autor tylko skarży się, narzeka, jojczy, stale powtarzając te same pretensje do całego otaczającego go świata. Kłócący się, prostaccy rodzice, brzydkie miasto, pozbawieni nadziei i perspektyw nastolatkowie – o maj dżizys… – faktycznie, tylko wytruć to całe tałałajstwo Azotoxem…


O postaciach trudno napisać więcej, bo całą powieść pochłania sam narrator – postać mocno niesympatyczna (już początkowa scena o miejscach w pociągu to zapowiada), trudna do polubienia; Majchrzak nawet nie stara się zdobyć sympatii czytelnika. Fajna jest za to pewna niejednoznaczność: nie wiemy, na ile Piotr jest wiarygodny i czy Kluczowy Element Fabularny rzeczywiście miał miejsce, czy był tylko złudzeniem, zaburzeniem jego percepcji, wygodnym usprawiedliwieniem. Podobnie zresztą do sprawy podchodzi dziewczyna, z którą dzieli się wspomnieniami.


Główny zarzut dotyczy więc nieprawidłowej konstrukcji tego efektownego pomysłu. Przeplatanie dwóch planów czasowych do niczego nie prowadzi – tak naprawdę cała opowieść toczy się w 2006 roku, a 2019 to tylko rama. Sprzątanie mieszkania po matce, rozmowy telefoniczne z ojcem, nieustanne biadu-biadu – wszystko to nigdzie nie prowadzi i do niczego nie jest potrzebne, a wręcz „zaśmieca” opowieść: czytelnik do końca nie wie, po co ten typ tak wyrzeka i wyrzeka. Nasuwa się przy tym pytanie o miniony trzynastoletni okres – skoro, jak rozumiemy, przez cały ten czas „nic się nie działo” z ocalałymi, to znaczy, że całe „zło” odpalało się wyłącznie w tym jednym paskudnym Miasteczku? Much easier byłoby po prostu wyjechać w p… i zapomnieć o upiornej Czarnej Wólce, niż brnąć w kinder-black metalowy finał. Co ciekawe, tytułowa „Stacja” – choć ma efektowne entrée do powieści i budzi nadzieję chichotem dobiegającym z ponurej piwnicy – przez niemal całą resztę książki znika zupełnie z pola widzenia!


Wszystko to wynika z faktu, że Majchrzaka bardziej niż dotarcie do czytelnika i opowiedzenie efektownej, mrocznej historii interesuje lubowanie się w post-nastoletnim biadoleniu. Kurczę, jakby się kinder-metalu z naszywką Burzum czy Darkthrone słuchało… Nieliczni będą zachwyceni („jxxx normików”, „to jest Mrok Wcielony”, „Życie Boli”) – ale moim zdaniem, kładąc większy nacisk na sprawną fabułę, a mniejszy na wiwisekcję odmiennych stanów świadomości bohatera, dałoby się wygrać znacznie więcej.


PS.

Gdybym był Dużym Wydawcą i gdybym dostał „Stację” do wydania, byłbym bardzo zainteresowany – to mógłby być przebój, nadający się nawet pod ekranizację. Usiadłbym jednak z Autorem (a raczej poszczuł na niego wiernych redaktorów) i zaproponował napisanie powieści od nowa: tak, by wszystko, co dobre, ocalało, a to, co hamuje fabułę i bez potrzeby miesi cuchnące błocko Bezsensownej Ludzkiej Egzystencji – odrzucić.


Komentarze