Drugi, po “Czterech Porach Roku” czteropak mini-powieści Stephena Kinga, nieco mniej popularny od superprzebojowego poprzednika (no bo Shawshank i Stand By Me…) ale za to znacznie konkretniejszy gatunkowo, stąd dla zaprzysięgłych fanów horroru (do których zalicza się piszący te słowa) będzie większą frajdą.
Tym razem King nie hamletyzuje, jak to “formuła horroru” go ogranicza, nie usiłuje pisać Wielkiej Amerykańskiej Literatury, bawi się tym, co najbardziej kocha, czyli porządną gatunkową grozę, powstałą z połączenia jego autentycznych lęków (jak sam często żartuje, King boi się “praktycznie wszystkiego” a na szczycie jego obaw są latanie samolotami i wypalenie artystyczne) z wręcz pulpową, B-klasową fantastyką/horrorem. No i cztery takie sztosiwa serwuje spragnionym czytelnikom w “Cztery Po Północy”.
+
Na pierwszy strzał idą najbardziej znane ze zbioru (a to za sprawą popularnego mini-serialu tv) “Langoliery”. Często zarzuca się Kingowi, że lepiej u niego z piórem, warsztatem, niż z inspiracją, innymi słowy że przepięknie potrafi opisywać dość banalne pomysły i inspiracje. W wypadku “Langolierów” jednakże znakomity, oryginalny pomysł jest na pierwszym planie.
Oto samolot pasażerski wlatuje w coś w rodzaju luki czasoprzestrzennej. Na skutek przejścia między wymiarami z pokładu znikają wszyscy ludzie, z wyjątkiem małej grupki tych, którzy akurat całe wydarzenie….przespali. Szczęściem ocalałych jest to, że jednym z nich jest zawodowy pilot. Potrafi on bezpiecznie sprowadzić maszynę na docelowe lotnisko.
Na ziemi okazuje się, że cały świat, który znają….zniknął. Nie ma żadnych ludzi, nic nie działa, wszystko jest jakby niematerialne, zepsute. Co najgorsze jednak, na horyzoncie pojawia się ostateczne zagrożenie, tytułowe “Langoliery”, wywodzące się z dziecięcej opowieści byty/monsrta/whatever, które - dosłownie - pożerają pozawymiarową nie/rzeczywistość.
Zagubieni w czasie muszą szybko poderwać samolot do kolejnego lotu i poszukać przejścia międzywymiarowego, by wrócić do swego czasu. Nie pomaga im w tym fakt, że jeden z nich jest groźnym, niebezpiecznym szaleńcem…
+
No, muala - tu się wszystko zgadza. Wyborny pomysł wyjściowy, naprawdę imponujący świeżością, wzorowe, jak to u Kinga wykonanie, wykreowanie szeregu przejmujących, budzących sympatię czytelnika bohaterów, dynamiczna i pełna napięcia akcja. Może szaleństwo głównego villaina nieco przeszarżowane i trochę jednak deus ex machina działające, ale dla ogólnej frajdy nie ma to znaczenia.
Nic dziwnego, że tak atrakcyjna fabuła szybko została przeniesiona na ekran - szkoda jednak, że tylko telewizyjny. Format mini-serialu z jednej strony spowodował przeciągniecie opowieści tak, że chwilami ona przynudza, z drugiej budżet teleziwyjny nie pozwolił na wykreowanie przekonujących Langolierów - w efekcie serowe efekty specjalne serialu są do dziś słusznie wyśmiewane.
+
Prawdziwą jednak ozdobą zbioru jest druga sławna minipowieść - “Sekretne Okno, Sekretny Ogród”, trochę “korespondująca” z wydaną rok wcześniej “Mroczną Połową”.
Pisarz po burzliwym, bolesnym rozwodzie wyprowadza się do leśnego domku. Tutaj chce w samotności uporządkować swoje życie i może napisać coś nowego. Tuż po przybyciu jednak spotyka go niezwykle niemiła sytuacja - przed jego drzwiami staje jakiś południowy wieśniak i oskarża go o kradzież opowiadania.
Autor początkowo się zżyma i unosi gniewem, szczególnie że wsiok żąda jakiejś, bliżej nieokreślonej “satysfakcji” (później sprecyzuje, że chce “nowego opowiadania dla siebie”). Dowodem na niesłuszność oskarżenia jest czasopismo, w którym po praz pierwszy autor opublikował swój tekst, wydane rok wcześniej niż intruz napisał swoją historię. Problem jednak w tym, że trudno je znaleźć (czasy mamy jeszcze mocno przedinternatowe i wyraźnie to w fabule “Okna” czuć), a użarty wsiur nie przebiera w środkach, by wykazać swą determinację - i dla wzmocnienia efektu i starań morduje kota pisarza.
Autor chce wrócić do rodzinnego domu, w którym została była żona, pamięta bowiem, że egzemplarz czasopisma ma w swych zasobach w pracowni, okazuje się jednak, że pożar pochłonął posiadłość, a wybuchł właśnie w pracowni!
Tymczasem prześladowca coraz bardziej napiera - nic go nie przekona oprócz fizycznego egzemplarza periodyku. Autor szuka jakiejś pomocy, okazuje się jednak, że znajomi, którzy widziali do razem z wieśniakiem zniknęli bez śladu…
+
Maestria, naprawdę, mimo oczywistego, z góry przewidywalnego kierunku fabuły King tak efektownie gra oczekiwanami czytelnika, że lektura “Sekretnego Okna” jest samą przyjemnością. Dwa regularne strachy Kinga dochodzą tu do głosu - strach przed wypaleniem talentu, blokadą twórczą, i strach przed oskarżeniem o plagiat (sam King miewał podobne sytuacje; jedna z nich stanowiła punkt wyjścia dla opowieści).
Jak napisałem, rozwiązanie jest od początku dość jasne i z biegiem stron coraz bardziej oczywiste, nie zmienia to jednak jego atrakcyjności i mistrzostwa, z jakim historię tę King opowiedział. Znowu mamy cały szereg fenomenalnie wykreowanych postaci - bo to nie tylko będący w centrum wydarzeń pisarz, ale i jego była, jej obecny partner, przyjaciele i znajomi pisarza no i sam “John Shooter” - ręce same składają się do oklasków.
Nic dziwnego, że tak dobry tekst również został przeniesiony na ekran. “Sekretne Okno” to znany, generalnie dobrze oceniany film, choć język kina nie do końca poradził sobie z gęstością fabułka i Johnny Depp - jak byłem fanem jego talentu - tutaj nie do końca dobrze wypadł w roli Kingowego alter ego
+
Prawdziwą perełką zbioru, prezentem dla fana “złotej ery”, dla pulpowego horroru będzie “Biblioteczny Policjant”.
Mężczyzna nie daje na czas do lokalne bilioteki wypożyczonych książek, co gorsza, kiedy dzwoni do niego tajemnicza, dość niesamowita bibliotekarka, stanowczo żądając zwrotu i strasząc wizytą “bibliotecznego policjanta” postaci z dziecięcych plakatów bllibliotecznych, okazuje się, że książki bezpowrotnie zginęły (przypadkowo trafiły na makulaturę).
Najgorszym jets jednak….wizyta prawidzwego Bibliotecznego Policjanta - przerażającej osoby, żywego ucieleśnienia wszystkich dziecięcych strachów. Daje on przerażonemu bohaterowi ostatni tydzień czasu na zwrot książek, po jego upływie zostaną wyciągnięte “najsurowsze konsekwencje”…Bohater, szukając pomocy, trafia napotkanie lokalnego klubu AA (kolejny koszmar Kinga), tam czysta przyjaciół gotowych dopomóc w jego sytuacji, usłyszy też upiorną historię samej Bibliotekarki…
+
King, widać, bawi się na całego. Bierze na warsztat własne “To”, łączy to ze Straubowską “Upiorną Opowieścią” i tworzy opowieść w stylu najlepszych odcinków “Archiwum X” - małe miasteczko, ponadczasowe Zło powracające raz za razem, złączona więzami przyjaźni grupa bohaterów… Sama radość z czytania. Podobnie, jak to miało miejsce “Widmie Nań Innsmouth” Lovecrafta) dużą część opowieści stanowi historia starego pijaka - to z niej wynika całość wydarzeń, z których finałem przyjdzie nam się zapoznać.
Prawdziwy klejnocik zbioru.
+
Porównując do trzech wspaniałych opowieści ostatnia historia, “Polaroidowy Pies” nieco rozczarowuje.
+
Młody chłopiec otrzymuje na swe urodziny Polaroida. Urządzenie jednak zamiast dawać otaczającą je rzeczywistość robi tylko jedno zdjęcie - ukazujące jakiś inny świat a na tym innym świecie szarżującego, wściekłego psa. Co gorsza, na każdym kolejnym zdjęciu bestia zbliża się do aparatu.
Chłopak, skierowany, prosi o pomoc właściciela lokalnego lombardu. Ten (jak się okazuje, niezła szuja żyjąca z pożyczania pieniędzy na zbójecki procent; w przeszłości jego ofiarą stał się ojciec naszego chłopca) zamiast pomocy zabiera aparat, i wmawiając, że został zniszczony, usiłuje go z zyskiem sprzedać kolekcjonerom różnych niesamowitości.
Aparatu nikt nie kupuje, a piekielny pies na każdym zdjęciu zbliża się do aparatu…
+
No OK, wszystko jest w porządku zasadniczo, akcja sprawna, pomysł znośny, czyta się, jak to Kinga, dobrze, ale w porównaniu do poprzednich tytułów ta Novella nieco rozczarowuje. Cały przebieg fabuły jest taki jak z wypracowania, po sznurku i bez żadnych zgrabnych twistów (ani tez bez choćby zdawkowej próby wyjaśnienia fenomenu aparatu), do tego zasypany kingowskim rodzinnym cukrem - wiecie, Tato/Syn, wchodzenie w Dorosłość, Zło Ukarane… czegoś lepszego by się można spodziewać.
Ale, no ok, 5/10 niewyjęte (może nawet 6?). A całości frajdy z lektury niczym nie psuje.
Podsumowanie - “Cztery Po Północy” to nie jest jakiś “najlepszy” czy nawet “najpopularniejszy” King. Do kanonu literackiej grozy nie przeszło, niemniej za tę radość pisania grozy i fantastyki, za radość, jaką odczuje fan horroru podczas lektury - kudosy i pochwały się Królowi Stefanowi należą. Tak się bawić to ja rozumiem!
Komentarze
Prześlij komentarz