No nieee…. słabo, cykl Manitou ciągnięty jest przez Mastertona na siłę i donikąd nie zmierza. Szkoda czasu (i czytelników i autora, na dalsze rozwijanie tej zużytej formuły).
+
Misquamacus, mimo że już w poprzednich częściach na maksa pokonany (nawet jego duch przestał istnieć - sic!), powraca ponownie, tym razem jako … wspomnienie ducha (sic! sic!), opętujące widma innych zmarłych indiańskich szamanów. Wspólnie z nimi, używając starej indiańskiej magii, wymyśla Nowy Potworny Plan - zrzuca na nieszczęsne USA plagę ślepoty (sic…). Indiańskie upiory objawiają się w różnych miejscach i Straszliwymi Promieniami oślepiają kolejne grupy ludzi. Choć czasami nie muszą się wcale objawiać (Masterton nie przejmuje się konsekwencją narracji) - w niewyjaśniony sposób ślepota dotyka np Prezydenta USA (tuż przed ważnymi negocjacjami z Prezydentem Rosji…), pilotów samolotów (efektowne opisy katastrof rodem z seventiesowych filmów katastroficznych) czy kierowców samochodów (efekt0wny opis mega karambolu gdzieś w L. A. ).
Na tym tle obserwujemy kilka grup bohaterów - samego prezydenta i jego otoczenie, czwórkę przyjaciół na biwaku leśnym, kierowczynię (to chyba właściwy feminatyw od “kierowca”, akurat tutaj wyjątkowo potrzebny) trucka, kaskadera filmowego który w stylu “Airplane” uratował jeden z samolotów pasażerskich od rozbicia) i ….no niestety, najgorsze… Jamesa Bonda tej franczyzy, czyli fejk-medium Harry Erskine’a (mimo 35 lat w walce z Misquamacusem jest wciąż tym samym oślizgłym naciągaczem i erotomanem) i jego idiotycznego wobec rozmiarów kolejnych katastrof, krindżowego poczucie humoru.
Wszyscy zbierają się w Kalifornii w Memory Valley na finałową konfrontację….
+
Naprawdę szkoda czasu Mastertona na kolejne tomy Manitou, on naprawdę potrafi pisać sporo lepiej…nic tutaj nie ma ciekawego, mnóstwo fabularnych słabizn i do tego przeokropny, nie dający się lubić, ciągnięty na siłę z powieści na powieść “bohater”…
Sam pomysł jest jaki jest, dość przeciętny (poprzedni tom, wampiryczna “Krew Manitou” był pod tym względem znacznie lepszy), ale gorsze się czytało, pal sześć, niechby sobie był, aczkolwiek z horroru robi się momentami (kolejna, po Duchu Zagłady) powieść katastroficzna i tych elementów gatunkowej grozy jest nieco za mało.
Ale to i tak najlepsze, co jest. Niestety, sama fabuła jest licha, wiejąca nudą i wiodąca w sumie donikąd (no ok, do “Memory Valley”). Poszczególne przygody nie bardzo angażują i nie bardzo wnoszą coś przydatnego do przebiegu akcji (np. stanowczo zbyt długa, do tego chwilami absurdalna, przygoda korpoludków). Czasami Masterton w ogóle porzuca pomysły, np. oślepienie prezydenta USA, które w pewnym momencie zostaje, ot tak, “odczynione” (wyraźnie nie wiedział, co z tym można zrobić).
Postaci są zupełnie bezbarwne i nieangażujące, pomijając oczywiście samego Harry Erskine’a, który jest wkurzający jak zawsze. Już po raz piąty z rzędu ta postać wchodzi, zupełnie na zasadzie “copy-paste” z poprzednich tomów, cały czas tak samo oślizgła, tak samo oszukująca biedne wykorzystywane wdowy, tak samo incelsko wzdychająca do zamężnej koleżanki, tak samo rzucająca nieśmiesznymi sucharami.
Kurczowe trzymanie się postaci Erskine’a to chyba największa słabość cyklu. Wydaje się, że byłoby lepiej, gdyby Masterton pozwolił, by z kolejnymi atakami Misquamacusa mierzyli się nowi bohaterowie (tak np, zrobił w “Wojownikach Nocy”), nieco odświeżyłoby to zleżała konwencję cyklu.
Czyta się to wszystko bez bólu, Masterton w końcu umie sprawnie pisać, ale satysfakcji zbyt dużej nie przynosi, tylko dla zawziętych komplecistów “grahamek”. Większość powieści Mistrza jest znacznie lepsza.
Komentarze
Prześlij komentarz